W ciągu kilku ostatnich tygodni, w Gruzji doszło do rozruchów społecznych, a w Mołdawii do wywrócenia sceny politycznej. Opisując sytuację, Jerzy Marek Nowakowski z Ośrodka Analiz Strategicznych napisał tekst (dostępny na ich stronie), który odbił się szerokim echem wśród ekspertów i środowisk zainteresowanych tak geopolityką, jak i przyszłą rolą Polski w niej. 

Małe rewolucje

Podstawą dla omawianego tekstu były głośne protesty w Gruzji, które wybuchły po osobliwym wydarzeniu jakim była przemowa rosyjskiego polityka w parlamencie gruzińskim z miejsca zarezerwowanego dla przewodniczącego tegoż parlamentu. Mogło to mieć miejsce, gdyż w Gruzji odbywał się zjazd polityków z krajów prawosławnych. Oczywistym jest, że Rosji mogło zależeć na pokazaniu swojej siły i wpływów, gdy Gruzją rządzi opcja bardziej skłonna ku rozmowom. Cała Gruzja jest silnie antyrosyjska, przynajmniej od czasu ogłoszenia niepodległości przez Abchazję i Osetię Południową będących de facto republikami wasalskimi Kremla.
W Mołdawii doszło do zmiany władzy. Po niedawnych wyborach parlamentarnych opcja prozachodnia i prorosyjska dogadały się w sprawie odsunięcia od władzy miejscowego oligarchy, Vlada Plahotniuka. Plachotniuk był (już zrezygnował z funkcji) przewodniczącym centrowej partii rządzącej Mołdawią. Jego rządy były uznawane za dążące do autorytaryzmu. Przejął Sąd Konstytucyjny, media i dążył do wprowadzenia jednowładztwa swojej partii. Ów sąd za zapewne odpowiednimi namowami, nie chciał uznać wyników ostatnich wyborów (ta decyzja została uznana przez znaną w Polsce, Komisję Wenecką za bezzasadną). Gdy koalicja między dwiema  skrajnymi – z punktu widzenia geopolityki – siłami doszła do skutku, otrzymała poparcie tak z Rosji, jak i USA, czy UE. Plachotniuk w odpowiedzi uciekł z kraju, a Sąd Konstytucyjny wycofał się po tym z wcześniejszej decyzji. 

Przeciągnie rosyjskiej liny

Obie te sprawy zostały uznane przez eksperta OAS za „Nową Jałtę”. Jego słowa, tezy i idące za nimi idee stały się podstawą do wypowiedzi kolejnych ekspertów i dyskusji, póki co na portalach społecznościowych w geopolitycznej części polskiego internetu, ale można zakładać, że odniesienia do nich padną i na kolejnych konferencjach dotyczących tej problematyki. Mają one pokazać, że Rosja i USA tylko udają wielki spór, gdyż oba te kraje dążą do zakopania dzielących je rowów, by wspólnie stanąć naprzeciw Chin. Kolejni eksperci twierdzą, iż jest to naturalna kolej rzeczy, gdyż Chiny zagrażają Rosjanom terytorialnie, a Amerykanom w wyścigu o prym na świecie. Niestety w tych analizach rzadko pojawia się kwestia polityki wewnętrznej, a Kreml zdaje sobie sprawę iż będąc po demokratycznej stronie świata, wzmoże się na nich presja dotycząca praw człowieka, bo tego będą się domagać różne głośne grupy w krajach ich nowych potencjalnych partnerów. Utrzymanie władzy dla środowiska Putina jest ważniejsze niż przyszłość Rosji, co geopolitycy często wolą pominąć lub uznać za kwestię drugorzędną. Tymczasem jest to kwestia kluczowa i Jedna Rosja już poświęciła zdecydowaną większość gromadzonych na rynku ropy i gazu zasobów, byle tylko utrzymać się u władzy. Gdyż tym właśnie Krym jest – podstawą sankcji i problemów wynikających z otwarcia sobie kolejnego frontu (a już mają ww Gruzję, ale też mołdawskie Naddniestrze, czy Syrię) jak i powodem obniżenia intensywności i poziomu rozmów z partnerami na całym świecie. Rosja podupada gospodarczo właśnie przez decyzję o zajęciu części Ukrainy. Drugim tak silnym czynnikiem jest oczywiście spadek cen ropy i gazu. Środowisko Putina wiedziało o zmianie polityki USA i zejściu tego supermocarstwa z rynku importowego i wejściu na rynek eksportowy, a mimo to było gotowe jeszcze pogorszyć sytuację zwykłych Rosjan, bo zagrało na nacjonalistycznej nucie mówiącej tutaj „Choćby igrzysk, skoro nie ma chleba”.
To wszystko prowadzi wielu ekspertów do stwierdzenia, że Rosja i USA muszą się w końcu dogadać i że pokaz buty Kremla w Gruzji mający skłócić między sobą Gruzinów, jak i odsunięcie Plachotniuka od władzy, są pokazaniem że USA i Rosja się dogadały i USA oddadzą Gruzję, Mołdawię i ponad to wszystko Armenię, a może i Ukrainę Putinowi, żeby tylko Rosjanie stanęli z Waszyngtonem przeciw Chinom. 

Jęk z koncertu mocarstw

Armenia również znalazła się w tym gronie, gdyż w omawianym tekście autor uznał, że nowy przywódca, po rewolucji z zeszłego roku nazbyt dobrze dogaduje się z Putinem i zbyt wiele razy do niego przyjeżdża, by można to było uznać za zwykłą grę. Autor sugeruje, że tak naprawdę Rosjanie uznali, że potrzebna jest zmiana władzy w tym kraju, a następnie będą sobie nią rządzić jak poprzednią i nic się nie zmieni, na co zgodę mieli dać Amerykanie (i Europejczycy, choć ich, ekspert OAS usilnie umniejsza). W przykładach wszystkich tych trzech krajów autor widzi ciąg zdarzeń, które jasno wskazują iż nowy deal już jest przybity i teraz nastąpi jedynie skonsumowanie zdobyczy. Zapomina jednak o pewnych kontekstach jak i o niepasujących do tezy krajach. Pierwszym z tych kontekstów jest ten, że Armenia nie może wyrwać się z rąk Rosji, bo tuż obok nie leżą Niemcy, czy Francja, tylko znienawidzona Turcja i Azerbejdżan z którym Ormianie są na wojnie. W niedawnym finale Ligi Europejskiej między Arsenalem, a Chelsea odbywającym się w stolicy Azerbejdżanu, piłkarz Kanonierów Henrikh Mkhitaryan nie mógł wziąć udziału, gdyż obawiał się aresztowania. Aresztowanie miało mu grozić, ponieważ jest Ormianinem, który oficjalnie poparł w konflikcie Armenię i przybył na sporne tereny, co Azerowie uznają za przestępstwo. Władze Azerbejdżanu chcąc ratować twarz, zapewniały o gwarancjach dla piłkarza. Ten jednak nie zdecydował się na przybycie do wrogiego państwa, a jego drużyna przegrała finał. W ten niecodzienny sposób, świat przypomniał sobie o tym konflikcie. Warto o nim pamiętać, gdyż każda zmiana władzy w Armenii z wprost pokornej i dyktatorskiej, jest zmianą niekorzystną dla Putina. Zwykli Rosjanie być może zobaczą kolejny demokratyczny kraj pod swoim bokiem i zaczną chcieć tego samego u siebie. Wg kolejnych doniesień, Putin ma się panicznie bąć kolorowych rewolucji. Uznanie takowej nigdy nie będzie mu w smak. Jednocześnie Ormianie są w potrzasku i nie potrzeba tu żadnego porozumienia Waszyngton-Moskwa, żeby pozostali w starej strefie wpływów. 

Gruzini jak już było mówione, są silnie antyrosyjscy. Nawet partia rządząca, określa Rosjan mianem okupantów. Nic im potencjalna miejscowa zmiana władzy nie pomoże. Musieliby więc zająć Gruzję siłą. Reakcja społeczności międzynarodowej jeszcze nie przetrawiła kwestii Krymu, więc podobne działanie byłoby niezwykle ryzykowne na terenach nienawidzących Kremla, gdyż potencjalna okupacja byłaby nieporównywalnie trudniejsza niż ta Krymu i Donbasu. Na koniec pozostaje autorowi Mołdawia, która w zasadzie w ostatnich latach zeszła z drogi proeuropejskiej. Utrzymywanie takiego status quo mogło być Rosji na rękę, ale widząc zmieniające się poglądy Mołdawian, ugrali tyle ile mogli, czyli obecność ich sojuszników w rządzie. 

Oznacza to pat w Gruzji, delikatny policzek w Armenii i dogadanie się w Mołdawii. Jednak całkowicie pomija się Czarnogórę i Macedonię Północną, które są czystymi zwycięstwami UE i USA w tej rozgrywce w ostatnich kilkunastu miesiącach. Czarnogóra i domknięcie basenu Morza Adriatyckiego poprzez jej wejście do NATO, a także porozumienie grecko-macedońskie otwierające dla Macedonii Północnej drogę do tak tego sojuszu wojskowego jak i Unii, to ogromne ciosy dla próby odzyskiwania sił na Bałkanach przez Rosję. Innymi słowy walczyła o cztery neutralne kraje: Czarnogórę, Macedonię Północną, Gruzję i Mołdawię. Nie dość, że żadnego nie zdobyła, to jeszcze pod bokiem zbuntowała im się Armenia, a trzy z tych krajów wydają się być stracone, dwa wręcz bezpowrotnie. Tak jak Ukraina, którą Rosjanie zrazili do siebie niemniej niż Gruzję.

Gdybyśmy mieli do czynienia z Nową Jałtą, to Rosja dostałaby cokolwiek i to nie tylko zachowując jakąś część stanu posiadania, sprzed wejścia w obecne konflikty z Zachodem, a realnie przywracając swoje panowanie nad choćby dwoma z podmiotów, jak Mołdawia i Gruzja. To się nie wydarzyło. Kreml jest w defensywie i Zachód to wykorzystuje w kolejnych miejscach na świecie. Tym samym bliżej nam powinno być do porównania z zakończeniem pierwszej, a nie drugiej wojny światowej. Tam teoretycznie Rosja również stała obok USA i Wielkiej Brytanii po wygranej stronie, jednak podpisany już przez komunistów Traktat Brzeski powoduje, że choć w pamięci dla wielu osób Rosja była wśród zwycięzców, to warunki takiego „zwycięstwa” jej oponenci chętnie przyjmują m.in na Bałkanach i dziś.

Salon materacy Włocławek