REKLAMA

Autor: Karolina Klimecka

34 lata temu, na Ukrainie, doszło do wybuchu w elektrowni jądrowej w Czarnobylu.

Kto z Was pamięta zaciąganie przez rodziców do przychodni lekarskich, gdzie zmuszani byliśmy do picia obrzydliwego ( przynajmniej jako dziecko mam takie wspomnienia) płynu Lugola. Pewnie większość z Was, nie zastanawiałam się, jak ważne dla nas, miały miejsce wtedy wydarzenia. Ale zacznijmy może do początku.

Czarnobyl to miasto położone na Ukrainie, które zostało mocno dotknięte wydarzeniami II wojny światowej. Za czasów funkcjonowania za naszą wschodnią granicą Związku Radzieckiego, miasto to pełniło funkcję warsztatu specjalizującego się w naprawach statków. Z powodu małej ilości ludności oraz położenia nad rzeką Prypeć, stąd mając łatwy dostęp do wody, teren ten został wybrany przez Ministerstwo Energii ZSRR na budowę elektrowni.

Budowę rozpoczęto w 1970 roku, jednocześnie wznosząc w pobliżu nowe miasto Prypeć będące miastem satelickim ( sypialnianym w stosunku do Czarnobyla). Kiedy uruchomiono pierwszy reaktor w 1977 roku, miasto zaludniono w liczbie 14 tys. mieszkańców.

Czarnobyl miał świetne położenie komunikacyjne (pociągi, statki, autobusy), stąd stał się regionalnym centrum o wielkim potencjale. W związku z tym Rosjanie planowali, że to właśnie Czarnobyl będzie największą elektrownią jądrową na świecie z 12 reaktorami, z których każdy miał mieć moc 1000 MW. 4 reaktory już pracowały, a kolejne 2 były w budowie w 1986 roku.

Według specjalistów budowa reaktora w Czarnobylu nie była typowa dla reaktorów stosowanych w energetyce jądrowej. Elektrownia była budowana z myślą o zastosowaniach wojskowych. Konstrukcja łamała przepisy i była utajniona ze względu na jej podwójne zastosowanie. W normalnych elektrowniach, kiedy wyłączy się prąd albo nastąpi jakaś awaria systemu chłodzenia w reaktorze jądrowym, reaktor powinien się samoczynnie wyłączyć. W Czarnobylu było odwrotnie – reaktor był niestabilny: kiedy malał przepływ wody chłodzącej reaktor, temperatura w jego wnętrzu rosła.

Błędy popełniono także projektując system wyłączania reaktora. Na końcach prętów bezpieczeństwa, które w razie awarii miały opaść na reaktor i pochłaniać energię z prętów uranowych, umieszczono z oszczędności części z grafitu. One w krytycznym momencie zwiększyły temperaturę w reaktorze, zamiast ją obniżyć.

Reaktor w czarnobylskiej elektrowni był zaprojektowany wadliwie i był dziełem małego zespołu ludzi, którzy pracowali w warunkach daleko posuniętej tajności. Projektu nie konsultowano, nie analizowano, nie sprawdzano w gronie międzynarodowym.

Do katastrofy doszło w trakcie eksperymentu, który miał zwiększyć bezpieczeństwo elektrowni w przypadku awarii. Miał wykazać, jak długo po ewentualnej awarii elektrownia będzie w stanie produkować energię na potrzeby swojej własnej pracy i miał trwać zaledwie minutę.

Ze względu na planowany eksperyment wyłączono wiele z normalnie działających systemów bezpieczeństwa. Test miał pierwotnie zostać przeprowadzony w ciągu dnia, jednak ze względu na awarię innej elektrowni władze nakazały opóźnić wyłączenie reaktora, żeby zrekompensować produkcje energii elektrycznej. Opóźnienie oznaczało, że eksperyment musiał być przeprowadzony przez inną zmianę. Dzienna zmiana, zaznajomiona z procedurami, dawno już zakończyła pracę. Zmiana popołudniowa szykowała się do odejścia, a nocna, która rozpoczynała pracę o północy, miała przejąć kontrolę reaktora już w trakcie eksperymentu. Pracownicy elektrowni, którzy przyszli do pracy na nocną zmianę nie byli w wystarczającym stopniu przygotowana na jego przeprowadzenie. 

Test bezpieczeństwa miały odbywać się przy mocy 700 MW, ale przez pomyłkę operatora moc spadła do 30 MW i postanowiono tą moc podnieść. Przy szybkim zmniejszeniu mocy reaktor zaczął nieprawidłowo pracować. Spowodowane to było nadmiernie wydzielającym się ksenonem 135. Przy osiągnięciu mocy 200 MW włączono 2 dodatkowe pompy. Duża ilość wody przekroczyła dopuszczalną ilość i obniżyła temperaturę rdzenia. Woda w stanie ciekłym pochłaniała więcej neutronów niż para i moc reaktora znów spadła. Aby podnieść moc usunięto pręty kontrolne, co zrobiło pracę reaktora skrajnie niestabilną. Operatorzy nacisnęli przycisk bezpieczeństwa, który miał awaryjnie wyłączyć reaktor. Jednak przez budowę prętów bezpieczeństwa, które, zanim wygasiły reaktor, na chwilę dodatkowo przyśpieszały reakcje, system doprowadził do wydzielenia się jeszcze większej ilości energii. O 01:24 ciśnienie pary wodnej doprowadziło do pierwszej eksplozji. 

W wyniku kolejnych reakcji chemicznych doszło do drugiego wybuchu, po którym zapłonęło kilka ton wykorzystywanego w elektrowni grafitu. To właśnie w wyniku pożaru do atmosfery przedostało się najwięcej radioaktywnego pyłu.

fot. Igor Kostin/Sygma via Getty Images

Według kilku niezależnych badań, podczas gdy pierwsza eksplozja była normalna – chemiczna, druga eksplozja miała charakter wybuchu jądrowego z siłą 0,3 kilotonów (czyli około 300 ton trotylu). Według świadków, po pierwszym wybuchu widoczny był czerwony płomień, a drugiej eksplozji towarzyszył jasnoniebieski płomień, po której utworzyła się chmura promieniotwórcza nad reaktorem.

Jako pierwsze po wybuchu pożaru przybyły zastępy zakładowej straży pożarnej, wraz ze strażakami z Czarnobyla i Prypeci. Ugasili ogień w ciągu trzech godzin od eksplozji, lecz w sercu reaktora wciąż płonął grafit.

Strażacy nie zostali poinformowani o niebezpieczeństwie kontaktu z radioaktywnym dymem i odpadami. Możliwe jest też, że w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że wypadek ten to coś więcej niż tylko zwykły pożar instalacji elektrycznych zatem polewali pozostałości reaktora wodą. To pogorszyło sytuację i nastąpiło kilka mniejszych eksplozji wraz z poważnym skażeniem radioaktywnym.

Według najnowszego raportu Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) 134 pracowników elektrowni jądrowej i członków ekip ratowniczych było narażonych na działanie bardzo wysokich dawek promieniowania jonizującego, po których rozwinęła się ostra choroba popromienna. 28 z nich zmarło w wyniku napromieniowania, a 2 od poparzeń. Wielu ludzi biorących udział w akcji zabezpieczenia reaktora zginęło podczas towarzyszących akcji wypadków budowlanych.

Po katastrofie wyznaczono zamkniętą strefę buforową mierzącą 2,5 tysiąca km² i wysiedlono z niej wszystkich mieszkańców. W promieniu 10 km od elektrowni utworzono strefę szczególnego zagrożenia, a w promieniu 30 km strefę o najwyższym stopniu skażenia. Zlikwidowano 20 pobliskich kołchozów i wyłączono z uprawy rolnej 100 000 hektarów ziemi rolnej. Ewakuowano także całą ludność miasta Prypeć, liczącą wtedy 50 tys. mieszkańców. Skażeniu uległo 9 proc. obszaru Ukrainy.

Informacja o katastrofie była w początkowej fazie ukrywana przez władze w Moskwie. Początkową reakcją KPZR było blokowanie informacji w nadziei, że skutki katastrofy jakoś same znikną, albo że nikt ich nie zauważy.

28 kwietnia, dwa dni po katastrofie, o godzinie 5:33 stacja monitoringu radiacyjnego Służby Pomiaru Skażeń Promieniotwórczych w Mikołajkach zarejestrowała aktywność izotopów promieniotwórczych w powietrzu ponad pół miliona razy większą niż standardowo. O godzinie 9 tą informację przekazano do Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej (CLOR) w Warszawie, które o godz. 10 wszczęło alarm. Początkowo polscy naukowcy przypuszczali, że gdzieś nastąpiła eksplozja atomowa, jednakże analiza promieniotwórczych zanieczyszczeń jednoznacznie wskazywała, że ich źródłem może być tylko pożar reaktora atomowego. Dopiero o godzinie 18 specjaliści dowiedzieli się z radia BBC, że chodzi o Czarnobyl.

W nocy 28/29 kwietnia CLOR przedstawiło władzom propozycje ochrony ludności, której istotnym punktem było podanie dużej dawki jodu w celu zablokowania wchłaniania radioaktywnego izotopu jodu I, kumulującego się w tarczycy i mogącego doprowadzić do rozwoju nowotworu tego narządu. Wobec braku tabletek jodowych, podjęto niekonwencjonalną decyzję o wykorzystaniu w tym celu płynu Lugola, czyli wodnego roztworu jodku potasu i pierwiastkowego jodu.

29 kwietnia po całonocnych obradach członkowie Biura Politycznego KC PZPR i rządu, powołali Komisję Rządową, która o godz. 11 podjęła decyzję o podaniu płynu Lugola dzieciom i młodzieży w 11 województwach północno-wschodnich, nad którymi przeszła radioaktywna chmura. Akcja rozpoczęła się tego samego dnia wieczorem. W ciągu 24 godzin jod podano ok. 75% populacji dzieci w tym rejonie. 29 kwietnia akcję rozszerzono na cały kraj. W ciągu kilkudziesięciu godzin jod podano 18,5 mln osób, w znacznej większości dzieciom do 17-stego roku życia.

East News/Karol Malcuzynski