REKLAMA

Odkąd Mohamad bin Salman rozpoczął okres urzędowania jako następca tronu, Arabią Saudyjską wstrząsnęła seria zmian. Dopuszczono kobiety do prowadzenia samochodów, pracowania we wcześniej niedostępnych dla nich zawodach, otwarto kina i to bez podziału na strefę męską i żeńską. Głośnym echem odbiły się plany budowania supermiasta na północy kraju, które miało być też otwarciem się jeszcze mocniej na zachodni biznes i tym samym pewnym krokiem w celu integracji ze światem Zachodu. Jednak w tym samym momencie aresztowano działaczki feministyczne, w tym kobiety wzywające wcześniej właśnie do umożliwienia im prowadzenia samochodów, zainicjowano masową „antykorupcyjną akcję” która realnie była jedynie usuwaniem wrogów Salmana z organów kontroli państwa, czy rozpoczęto działania zbrojne w Jemenie przeciw rewolucjonistom Houthi.

Przez ostatnie lata aż do jesieni 2018 r., wydawało się iż Mohamad bin Salman liberalizuje kraj, ale tak naprawdę chce po prostu podporządkować sobie maksymalną liczbę urzędów i formacji by móc skutecznie rządzić państwem, a sama liberalizacja ma jedynie poprawić mu PR wśród zachodnich partnerów. Taka droga byłaby jak najbardziej akceptowalna w USA i UE, gdyż Arabia Saudyjska była gotowa poczynić wielkie inwestycje jednocześnie pozwalając na podobne u siebie, a do takich interesów potrzeba dobrej atmosfery w mediach.

Wszystko się zmieniło w momencie przejścia czerwonej linii i zamordowania dziennikarza w saudyjskiej ambasadzie w Turcji. Dżamal Chaszodżdżi który urodził się w Medynie, od lat był krytykiem domu Saudów, na co mógł sobie pozwolić mieszkając w USA i pisząc m.in. dla „Washington Post”. Początkowo Arabia Saudyjska odżegnywała się od wszelkich powiązań z wyjątkowo okrutnym mordem (poćwiartowanie ciała, rozpuszczenie go w kwasie), ale gdy kolejne informacje zaczęły wychodzić na jaw władze państwa Saudów musiały zmienić swoje stanowisko. Pod naporem oskarżeń wydały one oświadczenie, mówiące iż zamach był niezależny od nich, a mordercy będą ukarani. Skończyło się to serią aresztowań (a także późniejszych egzekucji) i niewyjaśnionych śmierci. Z biegiem czasu amerykańskie media zaczęły donosić że służby specjalne uznały samego bin Salmana za zlecającego zabójstwo Chaszodżdżiego.

Pozycja następcy tronu w tym momencie była już bardzo mocno nadszarpnięta z uwagi m.in. na konflikt w Jemenie. Mimo osiągnięcia tam jednego z celów, jakim było wciągnięcie Iranu w wojnę, która będzie wykrwawiać ich finanse, w oczach opinii publicznej Arabia Saudyjska mająca już wyższe wydatki na zbrojenia niż Rosja, ośmieszyła się brakiem szybkiego i łatwego zwycięstwa. Trzeba zaznaczyć, iż nie stali oni w tej wojnie sami. Będąc wspieranymi przez m.in. afrykańskich najemników (np. Sudańczyków), Zjednoczone Emiraty Arabskie, czy Bahrajn ich przewaga była druzgocąca. Podczas konfliktu z tej koalicji wyłamał się Katar, który chciał stać się krajem obrotowym na linii koalicji sunnickiej i szyickiej, czego Saudowie absolutnie nie uznali. Spór z Iranem jest główną osią działań bin Salmana, który wokół niego chce zjednoczyć państwo i przejść bliżej utożsamiania się jego obywateli z samym państwem, aniżeli jedynie z religią. Jest to bardzo ciekawe ustawienie pionków na szachownicy Bliskiego Wschodu, gdyż to Katar jest uważany za największego sunnickiego sponsora terroryzmu w tym rejonie i z uwagi na wspieranie m.in. Bractwa Muzułmańskiego, jest w fatalnych stosunkach z Egiptem, którego obecne władze zbrojnie odsunęły przedstawicieli Bractwa od rządzenia krajem. Ta próba, skończyła się dla Kataru pełną izolacją, a Saudowie planują okrążenie ich kanałem. Na to Katarczycy odpowiedzieli instalacją baz tureckich u siebie, co tylko umacnia powiązania obu krajów, gdzie Turcja jest uznawana za drugiego największego sponsora Bractwa. Te wydarzenia zamiast wzmocnić bin Salmana w jego dążeniu do objęcia tronu po śmierci lub abdykacji swojego ojca, tylko go od niego oddaliły, pokazując brak zdolności przywódczych zdolnych nie tylko do rozpoczynania konfliktów, ale także kończenia ich sukcesem. Kolejnymi z takich przykładów były utrata władzy przez mniejszość sunnicką w Iraku, opór miejscowych polityków w Libanie, czy wreszcie utrzymanie się przy władzy Assada w Syrii. Kolejne porażki wymusiły na księciu złagodzenie stanowiska w innych miejscach, w tym wobec Izraela i wycofanie wsparcie dla Hamasu, co zaowocowało konferencją w Polsce, uznawaną za antyirańską gdzie przy jednym stole usiedli przywódcy m.in. Arabii Saudyjskiej, Izraela, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru i Omanu. Oman, w przeciwieństwie do Kataru, od lat posiada opinię kraju lawirującego między potęgami i będącego realnie neutralnym w tych sporach, stąd obecność jego przedstawicieli była uznana za bardzo ważną. Za wcześnie jest by wyrokować jakie będą dalsze relacje między tymi krajami, szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń na linii Izrael-Palestyna, jednak bin Salman nie uzyskał tutaj wzmocnienia swojej pozycji w relacjach wewnętrznych.

Saudyjski książę starał się wszelkie problemy ukryć przed swoim ojcem, już 83-letnim Salmanem bin Abd al-Azizem, który wciąż jest głową państwa i może zmienić swoją wcześniejszą decyzję o mianowaniu syna na następcę tronu. W lutym świat obiegła informacja, że egipskie służby specjalne ostrzegły bin Abd al-Aziza przed możliwym zamachem stanu ze strony syna. W odpowiedzi na to, król odwołał większość swojej aktualnej ochrony wymieniając ich na pewnych lojalistów. Co więcej, pojawiły się głosy, iż nawet jeśli bin Salman utrzyma obecną pozycję, to dom Saudów nie wybierze go na króla, gdy nadejdzie czas podjęcia tej decyzji.

Wojna na górze zaczęła mieć wymiar międzypaństwowy, a bin Salman dzięki kolejnym zamówieniom na amerykańskie uzbrojenie, będący do tej pory w bardzo dobrych stosunkach z prezydentem Trumpem, zaczął wyczuwać ochłodzenie ze strony zachodnich partnerów także zza Atlantyku. Trump stara się z jednej strony nie otwierać nowego konfliktu z mediami w swoim kraju, ale z drugiej nie mógł pozostać całkowicie bierny na mord Chaszodżdżiego. W odpowiedzi na działania wewnątrz i na zewnątrz Arabii, bin Salman odwiedził Chiny, głównego oponenta USA. Ta wizyta miała pokazać, że on sam ma wiele możliwości i nie jest skazany na jeden główny sojusz.

Najbliższe miesiące mogą być teatrem gwałtownych ruchów Mohamada bin Salmana na arenie międzynarodowej. Ostatnia wizyta jego ojca u generała Haftara w Libii (sojusznik Moskwy, nieuznawany przez Zachód) pokazuje, że nie wiadomo jeszcze które stronnictwa jak opowiedzą się wobec mocarstw światowych i ich rozgrywek na Bliskim Wschodzie. Młodszy przedstawiciel domu Saudów w ostatnich tygodniach próbował po raz kolejny PRowej ucieczki do przodu wykazując zainteresowanie kupna angielskiego klubu piłkarskiego, Manchesteru United. Pole piłkarskie stało się torem wyścigu dla ZEA i Kataru, których możni posiadają odpowiednio Manchester City i PSG. Wydaje się jednak, że nawet taki zabieg PRowy nie pomógłby Arabii Saudyjskiej, a tym samym opinii elektorów i obecnego króla a propos młodego następcy tronu. Porażką zakończyło się też jego spotkanie mające dać fundamenty pod budowę aglomeracji przyszłości, więc pozostaje mu już tylko jedno pole działań na którym może coś ugrać.  Rządzący Katarem i Iranem na pewno mają to na uwadze.

Michał Waliszewski