REKLAMA

Wtorkowy mecz Legii Warszawa z Linfield nikogo z kibiców z pewnością nie powalił na kolana. Zadanie zostało jednak wykonane i podopieczni Aleksandara Vukovicia awansowali do kolejnej rundy. W niej paradoksalnie może być nieco łatwiej. Co wiemy po występie „Wojskowych”?

1. Vuković ma nosa do zmian

Wyjściową jedenastkę na Linfield niejako wymusiły kontuzje i koronawirus. Nowi piłkarze w postaci Bartosza Kapustki i Rafaela Lopesa są jeszcze nie przygotowani fizycznie do rywalizacji. Widać też było, że zawodnicy Legii w tym zestawieniu personalnym „duszą się” na murawie z bardzo głęboko broniącym zespołem gości. Vuković wpuścił więc najpierw będącego w gazie Macieja Rosołka (trzy gole w spotkaniu z Bełchatowem) i przede wszystkim wracającego po kontuzji Jose Kante. Zmiany zadziałały i wprowadziły wiele świeżości w poczynania „Wojskowych”. Gwinejczyk, jak wiemy, został strzelcem jedynego trafienia (mógł mieć dwa, gdyby lepiej wykończył indywidualną akcję), a młody wychowanek Legii po raz kolejny pokazał się z dobrej strony, strzelając groźnie na bramkę przeciwnika (trafił w słupek).

2. Bohater Kante

Mimo że wielu oddanych kibiców Legii ma za złe Kante, że ten w przypływie frustracji kopnął klubową koszulkę i zbezcześcił jeden z symboli Legii to jednocześnie muszą Gwinejczykowi oddać piłkarską klasę na boisku. Były napastnik Wisły Płock udowodnił, że jego ruchliwość i zmysł do kombinacyjnej gry bardzo przyda się warszawianom nie tylko w PKO Ekstraklasie, ale może i przede wszystkim w eliminacjach do europejskich pucharów.

3. Brak pomysłu na atak pozycyjny

Choć trener Aleksandar Vuković po meczu wypowiadał się, że nie spodziewał się tak blisko postawionego bramki Linfield „autobusu” złożonych z piłkarzy tego klubu to mimo wszystko można było to przewidzieć. Legia przez 45 minut nie potrafiła znaleźć pomysłu na pokonanie defensywy Irlandczyków z Północy. Kombinacyjne akcje można było zliczyć na palcach u jednej ręki, tak samo zresztą jak wrzutki na głowę Pekharta. Oczywistym było, że Czech mimo całej swej pożyteczności, nie jest specjalistą od tworzenia kombinacyjnych akcji i będzie szukał swojej części po stałych fragmentach gry lub dośrodkowaniach z bocznych sektorów boiska. Dopiero wprowadzenie Rosołka i Kante, czyli piłkarzy o zupełnie innej charakterystyce, rozruszało poczynania Legionistów.

4. Zmiana pozycji szkodzi Karbownikowi

Nie da się ukryć, że Michał Karbownik jest jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy, którzy pojawili się w polskim futbolu w ostatnim czasie. Jego naturalną pozycją jest środkowa pomoc, ale w poprzednim sezonie został przestawiony na lewą obronę, gdzie radził sobie znakomicie. Pod koniec ubiegłych rozgrywek trener Vuković zaczął go ustawiać na prawej stronie defensywy, bowiem poważnej kontuzji doznał Marko Vesović, a Paweł Stolarski nie spełniał oczekiwań szkoleniowca. Na tę pozycję sprowadzony został Josip Juranović, ale zabrakło go w kadrze na wtorkowe spotkanie. Karbownika znowu oglądaliśmy na prawej obronie, a na lewej stronie zagrał Filip Mladenović sprowadzony z Lechii. Trzeba przyznać, że młody zawodnik miał małe problemy w końcówce meczu z powstrzymywaniem rywali, a także nie pokazywał swoich walorów, którymi zachwycał nas przez cały ubiegły sezon. Może wpływ na to mają również spekulacje na temat jego przenosin do SSC Napoli, które pojawiły się w ostatnich dniach w mediach.

5.Potrzebny jeszcze jeden ofensywny pomocnik

Mimo sprowadzenia Bartosza Kapustki oraz Rafaela Lopesa, Legii przydałby się jeszcze jeden ofensywny zawodnik na pozycję nr 10 o charakterystyce podobnej do Luquinhasa – szybki, zwrotny, z dobrą techniką użytkową oraz ze zmysłem do gry kombinacyjnej. Taką rolę pełnił wcześniej Guilherme, a teraz trwają zakulisowe próby pozyskania Joela Valencii. Były piłkarz Piasta Gliwice idealnie wpasowuje się w tę koncepcję i mógłby być naprawdę potężnym wzmocnieniem dla warszawskiego klubu. Ekwadorczyk czeka jednak na wyjaśnienie swojej sytuacji w Brendtford, więc prezes Dariusz Mioduski wraz zarządem musi szukać planu B.