REKLAMA

Kto nie oglądał piątkowego starcia pomiędzy Bayernem Monachium a FC Barceloną w Lizbonie ma prawo bardzo żałować. Piękne, choć jednostronne widowisko zakończone triumfem Bawarczyków było katorgą dla fanów Katalończyków. Jednocześnie dało odpowiedź na pytanie, czy powrót Ligi Mistrzów w takiej formule miał sens.

Emocje do samego końca

Dwie ostatnie edycje Champions League pokazały nam piękne historie (AS Monaco, Ajax Amsterdam), a także zdecydowanie katastrofalne oblicze Blaugrany (porażki w dwumeczach z AS Roma i Liverpoolem, mimo wysokiego zwycięstwa w pierwszym spotkaniu). Właśnie na przykładzie Katalończyków najdobitniej widać jak światowa piłka zmieniła się w ostatnich latach. Piłkarze Barcelony słynęli z długiej wymiany futbolówki, a dziś ten styl wydaje się być „przestarzały”. Abstrahując od tego faktu, można dostrzec jeszcze jedną rzecz. Mecze Hiszpanów dostarczały nam wielu niezapomnianych emocji, a na tym europejskiej centrali należało najbardziej. Dwie ostatnie edycje LM były w całości niesamowitymi widowiskami i dostarczyły kibicom wielu niesamowitych wrażeń. Istniały więc obawy, że ta dramaturgia zniknie po wznowieniu tegorocznych rozgrywek. Czy aby do końca tak jest?

Więcej bramek, więcej gry

Z tym pierwszym wielu się ze mną nie do końca zgodzi, bowiem poprzednie edycje obfitowały w trafienia w fazie pucharowej. I jestem tym osobom przyznać rację. W przeszłości zdarzało się jednak, że pierwsze mecze był dla klubów poligonem doświadczalnym, a dopiero rewanże przynosiły nam to, co chcieliśmy oglądać, czyli gole. System Final Eight daje nam to od razu. Rozegranie jednego spotkania sprawia, że drużyny nie kalkulują i od razu prezentują ofensywny futbol, nie czekając na loterię w postaci dogrywki, a zwłaszcza rzutów karnych. Biorąc pod uwagę tylko trzy mecze 1/4 finału LM padło aż 16 bramek, a mamy przed sobą jeszcze sobotnią konfrontację Manchesteru City z Olympique Lyon. Dokładając do tego cztery mecze w Lidze Europy, w której strzelono 10 goli, wychodzi nam rewelacyjna średnia 2,88 bramki na spotkanie! UEFA ma więc argument w postaci widowiskowości swojego „produktu” , by zastanowić się nad wprowadzeniem tego systemu w przyszłości.

Plusem kalendarz, problemem pieniądze?

Nie trudno się domyślić, że największym problemem jak zawsze będą pieniądze. Mniejsza ilość meczów to mniejszy dochód z dnia meczowego dla klubów, praw telewizyjnych, kontraktów reklamowych oraz wpływów od sponsorów. UEFA musiałaby sobie to w znaczny sposób zrekompensować. Niemniej organizacja takiego miniturnieju to potężny zastrzyk gotówki dla miasta, który go organizuje. Plusem dla tego pomysłu jest również kalendarz. Obecnie jest przeładowany do granic możliwości i narzekają na niego sami piłkarze, działacze czy nawet…kibice, którzy czuli już przesyt piłką. Pandemia koronawirusa i zamrożenie sportu na kilka miesięcy pokazała nam jednak, jak zanim bardzo tęsknimy. Kwestią czasu jest, gdy europejska centrala będzie musiała przedefiniować swoje ekskluzywne rozgrywki na nowo, by przyciągnąć lub utrzymać swoją widownię. A kibic jak to kibic – zawsze chce „igrzysk” swoich idoli.