REKLAMA

Autor: Michał Waliszewski

Wczoraj na kilku grupach facebookowych, gruchnęła plotka, że PiS ma przygotowany projekt ustawy zmieniający ordynację wyborczą do parlamentu tak, by od tej pory tylko partie które osiągną 15 lub 20% poparcie w wyborach, mogły zasiadać w sejmie. Plotka wyszła ze środowisk zbliżonych do Konfederacji, a nie – jak można byłoby sądzić – obozu Rafała Trzaskowskiego. Wiele osób kompletnie odrzucało taką możliwość, sugerując że jeśli by do tego doszło, to ludzie wyszliby na ulice. 

Zacznijmy od rzeczy najważniejszej, czyli wiarygodności tej informacji. Mnóstwo plotek na różnice tematy przewija się przez facebooka, twittera, czy youtube’a. Tyle tylko, że nie to powinno być kryterium do rozważania tej konkretnej sprawy. Podstawowym błędem, jest tutaj doszukiwanie się jej źródeł, czy potwierdzeń że PiS ma lub nie ma taką ustawę gotową w szufladzie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: PiS już taką ustawę, tyle że o wyborach do Parlamentu Europejskiego, składał i po wielkich naciskach opozycji odrzucił ją prezydent, a cały obóz rządowy wycofał się z pomysłu. Działo się to latem 2018 roku, kiedy partie powoli przygotowywały się do wyborów do PE w 2019 r. Opinia publiczna wydawała się wtedy zdezorientowana sytuacją, sprawa dość szybko upadła i dotyczyła przecież PE, a nie sejmu. 

Podział na mandaty kluczem

Oznacza to przede wszystkim, że PiS takie plany już miał. Same okręgi na papierze ma już podzielone tak, żeby własnie taki był efekt i jest jedynie kwestia przełożenia tego na inny typ wyborów. To nie jest tak wielkim problemem jak mogło by się wydawać. Szczególnie, że można tak manipulować wielkością okręgów wyborczych, by teoretycznie oficjalnie próg nadal wynosił 5%, ale choć partie byłyby rozważane przy podziale mandatów, to realnie by ich nie otrzymały, bo nie złapałyby się na te mandaty już przy ich dzieleniu. 

Tym samym nie ma sensu rozważanie „czy PiS o tym pomyśli”, bo już pomyślał i co do jednych wyborów chciał ordynację zmienić. Tamten balonik próbny im nie wyszedł, ponieważ obawiali się reakcji społeczeństwa. Teraz sytuacja będzie inna. Ich największe cele: Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa, a teraz także Sąd Najwyższy są w ich rękach. Ponad to oczywiście Narodowy Bank Polski, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, Rzecznik Praw Dziecka, a za chwilę Rzecznik Praw Obywatelskich (obecnemu kończy się kadencja). Poza ich kontrolą pozostają samorządy, uniwersytety i media. Samorządy powoli można obkładać wydatkami, co je paraliżuje, do przejęcie mediów i uniwersytetów potrzeba bardzo kontrowersyjnych ustaw, które mogą przejść tylko jeśli prezydentem będzie dalej Andrzej Duda. 

Wolna droga

Obie sprawy uderzyłyby mocno w pozycję Polski na świecie. Nawet Donald Trump nie broniłby PiS, gdyby partia Jarosława Kaczyńskiego się na to poważyła (tak mówi przykład węgierski). Skoro obie sprawy są tak trudne, a PiS w razie zwycięstwa za ok 10 dni, będzie miał trzy lata bez żadnej kampanii wyborczej i tym samym wolną rękę w zmianie państwa (Trybunał Konstytucyjny i tak niczego nie odrzuci, jeśli nie będzie na to politycznej zgody z Nowogrodzkiej), to dlaczego nie mieliby uderzyć właśnie ordynacji? Wbrew pozorom jest to najprostsze ze wszystkich takich ruchów. Nie wymaga zmiany konstytucji, zbliża do JOWów (ale bez ich dobrych czynników, czyli niezależności posłów) więc Zachód w to nie uderzy wprost, a do tego można łatwo zmanipulować opinię publiczną. Wystarczy, że PiS zaproponuje zmiany, które wymuszą zdobycie 20% poparcia przez partię, która miałaby zasiadać w sejmie. Kiedy ludzie zaczną protestować, prezydent może powiedzieć, że trzeba wziąć pod uwagę głos społeczeństwa i rozpocznie ”konsultacje” z PiS. „Wiadomości” będą przez tydzień lub dwa relacjonować „poważne rozmowy o ustroju państwa”, które zakończą się na przykład cofnięciem ustawy i przesłaniem przez prezydenta „kompromisu” na poziomie 10%. Taki poziom obowiązuje w Turcji, a przecież Jarosław Kaczyński obiecywał Polakom Ankarę. PiS by opowiadał, że się cofnął, że wsłuchał się w głos protestujących, ale „zmiany były konieczne” i w sejmie jeszcze wrzuci parę poprawek, które zmienią to na 15%. 

Skąd takie moje założenia? Dokładnie taką drogę obserwowaliśmy w sprawie ustaw o sądach i Sądzie Najwyższym. Za pierwszym razem były masowe protesty, prezydent zawetował część ustaw, wyszedł z własną inicjatywą, PiS w sejmie to pozmieniał, minęło parę miesięcy, Andrzej Duda podpisał ustawy i ludzie już nie wyszli drugi raz na ulice. Sąd Najwyższy i sądy powszechne jak miały być przejęte na początku, tak i zostały przejęte na końcu. Jest to zresztą nie jedyny przykład takiego działania PiS w kontrowersyjnych sprawach: uderzyć bardzo mocno, częściowo się wycofać i pozorować wycofanie się, a na końcu i tak osiągnąć z góry zakładany cel, który był częścią oryginalnej ustawy. 

Wpływ na wybory

Jaki byłby efekt takiej zmiany? To byłby przede wszystkim cios w Konfederację. Lewica, PSL i Szymon Hołownia, nawet bez KO, ale wspólnymi siłami mieliby szansę przekroczyć 15, może nawet 20% próg. Wraz z KO, byłoby to pewne. Jednak takie wybory, już się odbyły i PiS je wygrał przeciw opozycji – właśnie te wspominane wyżej, do Parlamentu Europejskiego z 2019 r. Koniec Konfederacji, która nie ma żadnych szans na 15, ani 20%, to spowodowanie sytuacji której zawsze chciał Jarosław Kaczyński: za PiS na prawicy byłaby już tylko ściana i każdy prawicowy wyborca musiałby albo zostać w domu albo głosować na PiS, bo wiedziałby że inaczej i tak jego narodowe poglądy nie będą reprezentowane w sejmie. W mniejszy sposób uderza to także w Lewicę. Byłby tam wielki problem żeby dogadać się z kimkolwiek innym, ale jest to potencjalnie możliwe. Uważam, że szczególnie skrajna lewica w postaci Razem, mogłaby woleć wypaść z sejmu niż iść z konserwatystami i liberałami. To osłabiałoby pozycję opozycji i zamrażało scenę polityczną na korzyść PiSu. 

Ten scenariusz wydaje mi się więcej niż prawdopodobny w kontekście najbliższych 3 lat, jeśli wygra Andrzej Duda. Nie będzie wtedy żadnych kampanii wyborczych, ani żadnych instytucji zdolnych cokolwiek na PiS wymusić i tylko od nich będzie zależało, jak daleko idące zmiany w państwie nam dadzą. Patrząc na wzorce, na które powoływał się Jarosław Kaczyński, czyli Węgry i Turcję, to właśnie ordynacja wyborcza obok uniwersytetów i mediów może stać się głównym celem PiS. I nie potrzeba żadnych plotek, żeby na to postawić.