Finał Ligi Mistrzów już dziś o 21:00 w Madrycie. Zapraszamy do krótkiej zapowiedzi finału naszego eksperta Marcina Kamińskiego

To już dziś! Wielki finał, wielkie emocje i wielkie oczekiwania. Ale zanim do tego dojdzie, przyjrzyjmy się drodze, którą musieli pokonać dzisiejsi bohaterowie, aby znaleźć się w tym miejscu.
Już na samym początku mogło się wydawać, że obie drużyny będą miały pod górkę, gdyż trafiły do dwóch najtrudniejszych grup – tzw. grup śmierci. W grupie B mierzyły się przecież Barcelona, Inter, Tottenham i PSV Eindhoven, natomiast w grupie C Paris Saint Germain, Liverpool, Napoli oraz Crvena Zvezda.
Jak ciężko awansować z takiej grupy dobrze obrazuje sytuacja Tottenhamu po 3 kolejkach:
Barcelona 9 pkt
Inter 6 pkt
Tottenham 1pkt
PSV 1 pkt
Z resztą zarówno Tottenham jak i Liverpool drżęli o awans do ostatnich sekund ostatniej kolejki. Liverpool skomplikował sobie sytuację przegrywając z outsiderem rozgrywek Crveną Zvezdą i (upraszczając całą sprawę) w ostatniej kolejce potrzebowali zwycięstwa z Napoli. Gola na prowadzenie zdobył niezastąpiony Mohamed Salah, jednak Napoli do samego końca walczyło o remis, a w ostatniej akcji meczu bardzo dogodną sytuację do wyrównania zmarnował Arek Milik. W ten sposób rozpoczęła się droga LFC do finału.
Sytuacja Tottenhamu była chyba jeszcze bardziej skomplikowana, aby awansować Koguty musiały nie przegrać z Barceloną na Camp Nou i liczyć na potknięcie Interu, który podejmował u siebie najsłabszy zespół grupy – PSV. Ostatecznie Włosi zremisowali z ekipą holenderską, a gola na wagę zwycięskiego remisu strzelił Barcelonie w 85 minucie (!) nie kto inny jak Lucas Moura, przyszły bohater rewanżu z Ajaxem.
Jak niewiele brakowało, by żaden z tych zespołów nawet nie pojawił się w fazie pucharowej LM? Tymczasem był to dopiero początek tego co szalony bóg piłki nożnej miał w planach na ten sezon.
Liverpool na początek trafił na jeden z najlepszych zespołów w historii piłki nożnej – Bayern Monachium na czele z Robertem Lewandowskim. Wiele osób spodziewało się zaciekłej walki o awans, zwłaszcza po bezbramkowym remisie w Liverpoolu, jednak Jurgen Klopp i jego piłkarze mieli inne plany. Pojechali do Monachium jak po swoje i wygrali gładko 3-1, nie pozostawiając złudzeń kto był lepszą drużyną. W ćwierćfinale szczęście uśmiechnęło się do graczy Liverpoolu i trafili na teoretycznie najsłabszego rywala – FC Porto. Co nie zmienia faktu, że to nadal ćwierćfinał Ligi Mistrzów i mecze same się nie wygrają. The Reds ani przez chwile nie zlekceważyli rywala i wygrali 6-1 w dwumeczu, potwierdzając, że są w świetnej formie i że ich celem jest drugi finał z rzędu. Problem w tym, że na drodze czekała wielka Barcelona, naszpikowana gwiazdami i prowadzona przez Leo Messiego. Pierwszy mecz potoczył się najgorzej jak mógł dla graczy z miasta Beatlesów, mimo, że mieli swoje okazje to wracali do domu po porażce 3-0 i właściwie cały świat zastanawiał się z kim Barcelona zmierzy się w finale.. Po raz kolejny jednak Liverpool pokazał, że potrafią czynić cuda. Na swoim stadionie, niesieni dopingiem wspaniałych kibiców szybko wzięli się do roboty i już w 7 minucie strzelili pierwszego gola. Gracze The Reds byli tego wieczoru jak natchnieni, a z każdą chwilą do piłkarzy Barcelony docierało coraz bardziej, że Liverpool naprawdę wierzy w ten awans. Kiedy w drugiej połowie tuż po wejściu na boisko Gini Wijlandum w 3 minuty wyrównał stan dwumeczu, stało się jasne, że to noc cudów. Sposób w jaki padła ostatnia, decydująca bramka zapisze się na zawsze na kartach piłki nożnej. Młodziutki Trent-Alexander Arnold jako jedyny dostrzegł możliwość przechytrzenia przeciwnika i wykonał najbardziej zuchwały rzut rożny w historii. 4-0, odrobiona strata trzech bramek przeciwko wielkiej Barcelonie. Coś nieprawdopodobnego.
Tottenham na początek również trafił na przeciwnika z Niemiec. Fani piłki noznej zacierali ręce na pojedynyk z Borussią Dortmund, gdyż oba zespoły znane są z naprawdę ofensywnej i widowiskowej gry. Podczas gdy wszyscy nastawiali się na bardzo wyrównany dwumecz, piłkarza z Londynu mieli inne plany. Wysokie zwycięstwo 3-0 u siebie, pełna kontrola w obu meczach i pewny awans do ćwierćfinału. W ćwierćfinale, w przeciwieństwie do Liverpoolu, nie było mowy o szczęśliwym losowaniu – Koguty trafiły na jedną z najmocniejszych drużyn w stawce, Manchester City, maszyna do wygrywania Pepa Guardioli. Wielki angielski pojedynek. Pierwsze starcie w Londynie zakończyło się po myśli piłkarzy Tottenhamu, wygrana 1-0 bez straty bramki u siebie mogła napawać minimalnym optymizmem. Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę jak mocną drużyną jest City, i że u siebie będą chcieli obrócić losy dwumeczu na swoja korzyść, ale chyba nikt nie spodziewał się tego co się wydarzyło. Na Etihad oglądaliśmy iście szalone widowisko, trzy gole w 10 minut, pięć goli w 21 minut, istny rollercoaster, pobite mnóstwo rekordów, a to dopiero pierwsza połowa. Wynik 3-2 dawał awans graczom Tottenhamu, przy golu na 4-2 Sergio Aguero sytuacja zmieniła się diametralnie i awans mieli zapewniony piłkarze Manchesteru City. Wyglądało na to, że już tego nie wypuszczą z rąk, a jednak, po rzucie rożnym piłka szczęśliwie odbiła się od Fernando Llorente i wpadła do bramki City. 4-3 i Tottenham znowu w grze. Piłkarze z niebieskiej części Manchesteru nie ustawali w atakach do samego końca, udało im się nawet strzelić gola, ale gdy cały stadion świętował tak wywalczony awans, do akcji wkroczył VAR i okazało się, że był minimalny spalony. W niecałe 2-3 minuty z nieba do piekła i na odwrót. Smutek jednych, euforia drugich. Tottenham w półfinale, w którym zmierzy się z rewelacja rozgrywek Ajaxem Amsterdam. Tym razem pierwszy mecz u siebie przegrywają 0-1 i jadą do Amsterdamu z misją prawie niemożliwą. Drugi mecz zaczyna się najgorzej jak mógł dla Tottenhamu, już w 5 minucie pada gol dla Ajaxu, młodzi gniewni z Amsterdamu grają to co potrafią najlepiej, dominują i do przerwy prowadzą 2-0 (3-0 w dwumeczu). Tottenham by awansować potrzebuje strzelić trzy gole w 45 minut.. przy tak grającym przeciwniku wydaje się to niemożliwe. A jednak, gdzie jeśli nie w piłce nożnej spodziewać się takich zwrotów akcji i takich cudownych historii. Tottenham wychodzi na drugą połowę odmieniony, może jeszcze nie wierzą w zwycięstwo, ale przynajmniej chcą o nie powalczyć. Dwie bramki Lucasa Moury w 4 minuty i znowu wszystko jest możliwe, Koguty są nadal w grze i potrzebują tylko jednego gola. Ale Ajax nie zamierzał spuścić głów i przegrać jak Barcelona, zaczęły się szaleńcze ataki, ale albo na przeszkodzie stawał Hugo Lloris albo słupek jego bramki. Czas doliczony gry, chyba już nic złego nie może się wydarzyć, bramkarz Ajaxu zwleka z wybiciem piłki, gra na czas, dostaje żółtą kartkę.. Być może to właśnie te kilkanaście sekund pozwoliło zadać piłkarzom Tottenhamu ostatni cios.. 96 minuta, Lucas Moura, hat-trick, awans, szaleństwo.
Po takim sezonie oczekiwania przed dzisiejszym finałem są chyba podobne jedynie do tych przed Avengers: Infinity War. To będzie zwieńczenie niesamowitych historii, obie drużyny zasłużyły na ten sukces, ale zwycięzca może być tylko jeden. Ktoś zostanie zupełnie z niczym. Miejmy nadzieję, że zobaczymy wspaniałe widowisko, kolejny grad goli i kolejny piłkarski rollercoaster.

Marcin Kamiński

Salon materacy Włocławek