Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: place zabaw, fontanny i baseny nie są żadną inwestycją, bo nie jest nią nic, co nie przynosi dochodu, a na co w dodatku stale trzeba wykładać forsę na utrzymanie. Dopóki się tego nie nauczymy, politycy będą nas oszukiwać bez końca.

To jest prosta zasada, którą stosuje każdy, zdrowo myślący człowiek: jeśli nie mam pieniędzy, to się nie zadłużam kupując rzeczy, które są mi tak naprawdę zbędne do życia. A jeśli już coś kupuję, to wcześniej się zastanawiam, czy i z czego tę rzecz utrzymam.

Dzisiejsza sytuacja – i żeby być sprawiedliwym ­– dotycząca nie tylko Włocławka, ale mająca miejsce w całej Polsce, przypomina mi jakąś abstrakcyjną historię, w której bezrobotny bierze chwilówki, żeby kupić sobie najnowszy model luksusowego auta, a po fakcie siada na krawężniku i zastanawia się drapiąc się w głowę, za co zatankuje swój nowy nabytek.

Tak już jest ten świat zbudowany, że rządzi nim pieniądz. Może nam się to nie podobać; możemy zaklinać rzeczywistość – ale ta szybko sprowadzi nas do parteru. Jeśli chcemy, żeby miasto się rozwijało, żeby było nas stać na obiekty rekreacyjne, które poprawią komfort naszego życia (a tym i tylko tym są właśnie wspomniane przeze mnie wcześniej baseny), to musimy zadbać przede wszystkim o kasę.

A z czego żyją samorządy? Już wyjaśniam – przede wszystkim z podatków. Dużą część stanowią opłaty od nieruchomości, ale też środki pochodzące z lwiego procentu podatku dochodowego (wynoszącego ponad 35% wpływów od osób zamieszkujących daną gminę). Zatem wniosek jest chyba prosty – im więcej będzie w mieście przedsiębiorstw (albo ludzi dysponujących grubym portfelem), tym wyższe będą wpływy.  A co za tym idzie, tym więcej będzie forsy w miejskim budżecie.

Zacznijmy więc nazywać rzeczy po imieniu. Inwestycją nie jest po prostu pozbycie się pieniędzy. Nie sztuką jest wydać cały budżet, a potem chwalić się dokoła ile to się przeprowadziło „inwestycji”, bo później wystarczy przyjrzeć się, na co poszedł cały kapitał, żeby zobaczyć rozmiary tej farsy.

To chyba logicznie, że inwestycja powinna się w jakimś okresie zwrócić. Jeśli nawet nie w formie gotówki, która by wróciła do miasta, to chociażby w postaci mieszkańców chętniej osiedlających się w danej gminie, albo lepszej edukacji, która przełoży się w przyszłości na większą ilość specjalistów na rynku. W najgorszym wypadku, niech to będzie chociaż coś, w co nie trzeba będzie pompować bez końca pieniędzy.

Budowa dróg, obwodnic, średnicówek, mostów – to są dobre inwestycje, bo choć same w sobie kasy nie przyniosą, to ściągną inwestorów, zachęconych dobrą infrastrukturą miejską. Specjalne strefy gospodarcze (jeśli są tworzone z głową – a można, co pokazuje przykład miasteczek wokół Włocławka), zagospodarowanie miejskich terenów leżących odłogiem, tak żeby przynosiły nam wszystkim korzyści, budowy szkół politechnicznych, które dadzą młodym ludziom dobrą pracę, dzięki czemu nie będą musieli szukać jej poza granicami miasta – to są prawdziwe inwestycje.

A nie budowy ławeczek i rabatek z zielenią.

Mam wrażenie, że dzisiaj pieniądze wydaje się tylko zgodnie ze starą rzymską dewizą „chleba i igrzysk”. Tylko, że od dłuższego czasu mydli się ludziom oczy „igrzyskami”, a zapomniało się popracować nad „chlebem”. To, że w konsekwencji przypomina to coraz bardziej pudrowanie trupa, żeby ładniej prezentował się w trumnie, nikogo już dziś jakoś nie wzrusza.

W 1992 roku Bill Clinton poprowadził swoją zwycięską kampanię prezydencką pod hasłem „liczy się gospodarka, głupcze!” (It’s the economy, stupid). Ciekaw jestem, czy gdyby ktokolwiek w Polsce (a szczególnie w naszym mieście) zdecydował się pójść do wyborów z takim samym credo, to miałby szansę odnieść w nich jakikolwiek sukces.

Michał Walczewski