REKLAMA

Autor: Michał Waliszewski

19.06 w piątek o godzinie 19:00 zagra Norwich z Southampton, a o 21:15 Tottenham z Manchesterem United. Szczególnie to drugie spotkanie zapowiada się szlagierowo. 

Powrót piłki – kto na tym wygra?

Odpowiadając na powyższe pytanie: Tak naprawdę wszyscy. Już dziś widzimy spory w lidze holenderskiej i francuskiej, gdzie zdecydowano się zakończyć sezon bez dogrania meczów. Przyznano tytuł PSG, ale Ajaksowi już tylko miejsce w Lidze Mistrzów. Co to właściwie oznacza? Oznacza to, że uznano, że można grać kolejny sezon bez dokończenia obecnego, co w praktyce mówi że mecze same w sobie jak i rozgrywki nie mają znaczenia. Jest to fatalny sygnał tak do kibiców, jak i do sportowców. Realnie, nie można mówić o poszanowaniu ducha sportu, jeśli wybierze się tę opcję, ponieważ oznacza to tylko ograniczenie strat klubów. Nie może być mowy o sprawiedliwym podejściu do tego sportu jeśli chce się rozegrać kolejne rozgrywki bez dogrania ostatniej 1/4 poprzedniego sezonu. Oznaczało by to tylko i wyłącznie przywiązanie do kwestii pieniężnej, ponieważ wazniejsze byłyby środki z kolejnego sezonu. Nawet gdyby przyjęto decyzję podobną do Francuzów i Holendrów, to na jesieni podczas przywracania meczów, powinno się dokończyć obecny sezon. Bez tego, mamy kompletny nieporządek, który skończy się stwierdzeniem, że to co zostało rozegrane na boisku może być cofnięte przy zielonym stoliku.

Powrót Leeds?

Popularne „Pawie”, czyli Leeds United przez ostanie lata zasiedziały się w niższych klasach rozgrywkowych, chociaż jeszcze w 2001 roku były w półfinale Ligi Mistrzów. O ile większość osób interesujących się piłką zdaje sobie sprawę z prawie pewnego powrotu Liverpoolu na tron, to właśnie Leeds byłoby najbardziej pokrzywdzonym klubem, gdyby rozgrywki nie zostały dokończone. Od lat oczekiwano właśnie tego awansu obok potencjalnego powrotu Nottingham Forest (dwukrotny zdobywca Pucharu Mistrzów w latach 1979-1980), ponieważ Leeds stało się swego rodzaju legendą przełomu wieków. Nawet obecnie, mamy do czynienia z klubem prowadzonym przez bardzo specyficznego trenera – Marcelo Bielsę, którego spodziewano by się raczej w czołówce PL. Pieniądze nie są wszystkim, ale również są ważne. Premier League to ogromne środki, środki które nie zostałyby przelane na konto klubu, gdyby zabrano mu możliwość awansu. 100 milionów funtów – suma, która jest przyznana nawet 20. klubowi w stawce. Żadna liga nie gwarantuje takich dochodów z tytułu praw telewizyjnych nawet dla mistrza. Leeds ma dziś 7 punktów przewagi nad 3. miejscem należącym obecnie do Fulham, które i tak dawałoby prawo do gry w barażach (4 zespoły z miejsc 3-6 walczą o ostatnie miejsce w PL). Nawet z czysto biznesowego podejścia, brak rozegrania ostatnich meczów i anulowanie awansów spotkałoby się wytoczeniem procesów. Kwestia sportowa jest jednak znacznie bardziej przełomowa dla kibiców „Pawii”.

Uwertura „Obywateli” i „Kanonierów”

Zanim wszystkim kibicom Premier League będzie dane zobaczyć swoje ulubione drużyny w najbliższy weekend, już w środę będzie można obejrzeć dwa zaległe spotkania. Pierwszym meczem będzie Aston Villa – Sheffield United, a drugim Machester City – Arsenal. To właśnie to drugie spotkanie rozgrzewa umysły kibiców, mimo że AFC są dalecy od dawnej świetności. „Kanonierzy” są jednym z zespołów walczących o ostatnie miejsce dające awans do Ligi Mistrzów. Do 4. Chelsea tracą 8 punktów, ale awans może dać też 5. miejsce, jeśli ich środowy przeciwnik przegra apelację w sprawie kary jaką nałożyła na nich UEFA. Na 5. Miejscu znajduje się obecnie Manchester United, który ma 5 punktów przewagi nad Arsenalem. 3. Leicester City z 53 punktami na koncie (13 punktów przewagi) wydaje się być poza zasięgiem. Rok temu w lutym, podobne spotkanie ligowe zakończyło się zwycięstwem City 3:1, po hat-tricku Aguero i jednym golu piłkarza gości Laurenta Kościelnego.

Walka o tytuł

Nie można też nie wspomnieć o prawdopodobnym mistrzu Anglii. Liverpool czeka na tytuł od 1990 roku. Od tej pory zostali wyprzedzeni w wyścigu o prymat w ilości mistrzostw przez Manchester United. Byli blisko wejścia na szczyt jeszcze kilka lat temu, gdy Steven Gerrard potknął się i zostawił piłkę Dembie Ba z Chelsea, który strzelił gola decydującego o wyniku meczu i całych rozgrywek. Teraz mogą się odkuć i dopełnić scenariusz, który w marzeniach ich kibiców istniał od wielu lat. Nawet zdobywanie Ligi Mistrzów nie wydawało się zaspokajać głodu na puchar Premier League słyszalny z Merseyside. Właśnie wyprzedzenie przez głównego rywala było największym bólem kibiców The Reds, którzy lata temu kochali pokazywać innym klubom swój prymat w ilości tytułów.

Powrót tego zespołu i grę Mane, Salaha i Firmino będzie można obserwować już w najbliższą niedzielę i to od razu w derbowym spotkaniu z Evertonem na Goodison Park o godzinie 20:00 polskiego czasu.