Krajobraz przed bitwą

Już za chwilę staniemy się świadkiem medialnego cyrku pn. „kampania wyborcza do Europarlamentu”. Rzecz jednak w tym, że Polaków wybory te niewiele obchodzą, a gra toczyć się będzie głównie o zapewnienie wiernym akolitom ciepłej synekury w zachodnich strukturach Unii Europejskiej.

Nie dajmy się zwieść obietnicom, które zaraz się posypią – chociaż, obserwując poprzednie kampanie do Europarlamentu, wydaje się, że stężenie kiełbasy wyborczej i tak jest niższe niż w wyborach krajowych (i słusznie, bo co taki europoseł może tak naprawdę obiecać?). Prawda jest taka, że  Parlament Europejski nic nie może – bo wszelkie istotne decyzje zapadają na poziomie rządów krajowych. Szczególnie widać to w chwili, kiedy ustalany jest unijny budżet, albo gdy wybucha jakiś międzynarodowy kryzys. Czy wtedy ktoś pyta o zdanie któregoś z europosłów? Czy podejmują jakieś inicjatywy? Absolutnie! Cała polityka pozostaje w rękach przywódców najsilniejszych unijnych państw.

Wynika to z prostego faktu, że każdy europoseł, choć wcielony do którejś z parlamentarnych frakcji, w dalszym ciągu nie ma żadnej autonomii i jest całkowicie zależny od swojej macierzystej partii.
Czy ktoś taki może się w jakiś sposób „zbuntować” swojemu patronowi? Ależ oczywiście, że nie! Przecież nie po to został figurantem i słupem, żeby narazić się na to, że jego partyjny zwierzchnik zdejmie go w przyszłych wyborach z „biorącego” miejsca.

Efekt jest taki, że w rzadkich momentach, kiedy mamy okazję zobaczyć pracę Europosłów, widzimy masę osób o znudzonych twarzach, które myślą tylko o tym, jakby tu urwać się na miasto z tego nudnego jak flaki z olejem zbiegowiska. A głos, w konsekwencji, dostają krzykacze i „kosmici”, tacy jak Nigel Farrage, albo nasz poczciwy Korwin-Mikke, który ma wtedy okazję, żeby opowiedzieć zebranym kolejną krotochwilę o Adolfie Hitlerze.

Jeśli ktoś martwi się, że od jego wyboru będzie zależało ile miejsc w parlamencie przypadnie Polakom, to uspokajam – ta sprawa została już rozstrzygnięta dawno przed obecnymi wyborami. Bez względu na to, czy frekwencja wyniesie dziewięćdziesiąt czy dwadzieścia procent, należą nam się 52 mandaty – wynika to tylko i wyłącznie z liczebności mieszkańców danego kraju.

Cała gra sprowadza się więc do tego, komu zafundujemy bezpieczną przystań. Ostatecznie, ilość państwowych stołków jest ograniczona, a chętnych wciąż nie brakuje – i to po stronie rządowej, jak i opozycyjnej. Wysłanie takiego „potrzebującego” do europarlamentu, wydaje się być salomonowym rozwiązaniem – po pierwsze, ląduje on z dala od Warszawy (więc nie trzeba na niego patrzeć), po drugie – nie trzeba mu płacić (a przede wszystkim szukać dla niego intratnego stanowiska), bo wypłatę dostaje z unijnego budżetu. A jest o co powalczyć, bo miesięczne wynagrodzenie europosła „na rękę” wynosi trochę ponad 6700 euro, co po przeliczeniu daje kwotę 29 000 złotych.

Widać zresztą, że czołowe partie doskonale to rozumieją i w taki sposób podchodzą do nadchodzących wyborów, wystawiając jako kandydatów ludzi wypalonych w polityce krajowej i odsuniętych na jej boczny tor. Przykładów nie trzeba szukać daleko – znamy już listy PiS, gdzie czołowe miejsca zajmuje była premier Beata Szydło (której trzeba się pozbyć, żeby nie psuła dobrego humoru Morawieckiemu), czy skompromitowany eks-minister MSZ Witold Waszczykowski. Po stronie opozycji, która jeszcze nie ogłosiła swoich kandydatów, nie można spodziewać się niczego lepszego (podejrzewam, że trwa tam teraz histeryczna walka buldogów pod dywanem o to, kto dostanie prawo do ewakuacji); a w przypadku SLD można tylko zadać pytanie, czy tym razem kandydaci „młodej lewicy” nie przekroczą średniej wieku uprawniającej ich do pobierania państwowej emerytury.

Jeśli jesteśmy już przy lewicy, to długofalowy sukces „Wiosny” Roberta Biedronia wydaje się mocno wątpliwy. Mówiąc wprost – ciężko uwierzyć w dobre intencje polityka, którego program polityczny sprowadza się do hasła „wybierzcie nas, a zrobimy wam dobrze”. Zresztą, cała to szopka z peregrynowaniem Biedronia po Polsce i zapisywaniem na białej tablicy pomysłów ludzi, którzy byli obecni na tych spotkaniach, była jakimś dziwacznym kuriozum. Co jak co, ale po osobie, która nie została tutaj podrzucona w latającym spodku, ale działa w polityce od kilkunastu lat, można by się spodziewać przedstawienia konkretnych rozwiązań. Zamiast tego dostaliśmy koncert życzeń, opakowany w ładnego, „postępowego” lidera.

O tym, jak kruche są takie fundamenty przekonał się już Ryszard Petru, który wkrótce na dobre pożegna się z karierą polityczną. Być może jednak „Wiosna” zaistnieje w jakiś sposób w najbliższych wyborach, ale ostatecznie podzieli los Nowoczesnej, o czym świadczą już pierwsze ruchawki na lewicy (i afera z partią „Razem” Adriana Zandberga). Co do jednego nie mam wątpliwości – chwilowy sukces partii Biedronia odbędzie się kosztem SLD, Nowoczesnej i PO.

A co to wszystko oznacza dla nas, a szczególnie dla naszego miasta i jego okolic? Zupełnie nic. Jeśli nawet prawdą okażą się pogłoski o tym, że wybujałe ego kilku lokalnych polityków skłoni ich do startu w wyborach do Europarlamentu, to, pomijając ich mizerne szanse (w końcu nie mogą oni liczyć na dobre miejsca na liście, bo jest więcej „potrzebujących” z Warszawy), gdyby nawet zostali wybrani i tak nie zrobią nic dobrego dla naszego regionu. Jeśli ktoś mi nie wierzy, to niech poda choć jeden przykład europosła, który skutecznie wpłynął na rozwój swojego macierzystego okręgu. Przyznam szczerze, że ja o takim egzotycznym zjawisku nie słyszałem.

Najbliższe wybory, tak jak minione samorządowe, będą prawdopodobnie plebiscytem popularności Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Jedyna ich korzyść, będzie taka, że dostaniemy wreszcie wiarygodny sondaż popularności obozu rządowego i opozycji. Jeżeli PiS wygra, bądź nieznacznie przegra, będzie to najprawdopodobniej otwierało drogę do zwycięstwa w jesiennych wyborach parlamentarnych. Jeśli jednak przegra w sposób wyraźny, może to oznaczać pierwszy wyłom, który doprowadzi do zmiany władzy.

O tym, kto okaże się mocniejszy, dowiemy się pod koniec maja. Póki co, czeka nas jednak po raz kolejny, gorący czas kampanii wyborczej.

Michał Walczewski