REKLAMA

Autor: Maciej Grudziński

Po opuszczeniu pokładu skierowałem się natychmiast do wyznaczonego miejsca.

Wbrew pozorom raczej mi się spieszyło.

Miałem nadzieję dotrzeć tam jeszcze przed moim towarzyszem. Mogło się nie udać. Byłem za bardzo uzależniony od rozkładu lotu. Dowiedziałem się, że wyjątkowo wylądowaliśmy wcześniej niż oczekiwano o jakieś siedem minut. Z relacji kapitana wywnioskowałem, że Asad nastawia się raczej na opóźnienie. Nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby spotkać się z zupełnie mi obcym człowiekiem, tym bardziej, że podejrzewałem, że wcale nie musi chodzić o jakąś transakcję. Odruchowo przyspieszyłem. Minąłem parę zakrętów i zorientowałem się, że jestem już na miejscu, zupełnie odsłonięty, na widoku, do odstrzału! Mój instynkt obronny zadziałał! Szybko się cofnąłem i zacząłem iść w zupełnie innym kierunku, ale tak, żeby cały czas mieć całą kawiarnię na oku. Właściwie to widziałem ją kątem oka, ale wystarczająco wyraźnie, żeby ocenić zagrożenie. Cały czas szedłem. Wydawało się, że się oddalam, gdy tak naprawdę systematycznie robiłem wielkie koło wokół mojego celu.

Asada jeszcze nie było na miejscu. Jednak miałem rację. Filtrowałem dalej w szalonym tempie. Jeden, dwóch gości, nie te gazety, wszystko ok… dalej.. następni.. dwie kobiety.. zero zagrożenia, zajęte swoimi dziećmi.. dalej, pusto.. pusto.. dalej.. zaraz.. jeden stolik był pusty, ale zajęty! Tego właśnie szukałem. Zatrzymałem się. Zacząłem poprawiać sobie spodnie i wiązać but. Takie śmieszne techniki czasem się przydają.. spojrzałem w kierunku tamtego stolika: stały dwie kawy, leżał Guardian grzbietem do mnie, jedna kawa była już ruszona, ale druga też… Przeanalizowałem wszystko i uświadomiłem sobie, że tu wcale nie musi chodzić o żadną broń, zresztą co ona mnie interesowała!? Jeśli nie spotkam się z Asadem, to będę bezpieczniejszy. Jeśli nie kupi następnej partii broni nikomu prócz niego to nie zaszkodzi, nie siedzę w tym, nie mój biznes, nie moje podwórko! Postanowiłem zrezygnować.

To było za duże ryzyko.

Na mojej liście żadnego Asada nie było, więc jest dla mnie nikim. Obawiałem się, że ja mogę być na jego liście. Liście niewygodnych kontaktów Jurija. Uświadomiłem sobie, że nie jestem jedyny. Zaczął się dla mnie liczyć czas. I to coraz bardziej. Asad nie usłyszy ode mnie: „Rodzina Stinnengerów przybyła dziś do Kopenhagi na wystawę flamandzkiego malarstwa, jestem osobistym adwokatem rodziny.” Postanowiłem sam odwiedzić wspomnianą wystawę. Okazało się to łatwiejsze niż przypuszczałem. Odruchowo rozejrzałem się. Zauważyłem, że na terenie lotniska roiło się od wielkich podwieszanych posterów: „Malarstwo flamandzkie przez wieki, MUZEUM SZTUKI.”

Musiałem opuścić to miejsce.

Wychodząc zauważyłem coś niezwykłego.

W oddzielonym nieco z boku pomieszczeniu dla palących spostrzegłem Krigsena w towarzystwie mężczyzny bliskowschodniej urody. Czyżby to był Asad? Czy miałem rację? Krigsen wyraźnie tłumaczył coś mężczyźnie, jakby.. udzielając mu instrukcji. Asekurował się trzymanym cały czas w ręku niezapalonym wciąż papierosem, którego przekręcał co chwilę pukając nim o rozpakowaną paczkę. Brodacz co chwila się rozglądał i patrzył na zegarek. Coś najwyraźniej było nie tak. To ja byłem nie tak! Prawdopodobnie powinienem już nie żyć.

Zastanawiałem się co mnie spotka w muzeum. Wziąłem taksówkę w pośpiechu. Bałem się, że moi towarzysze zrobią zaraz to samo. Wiedziałem, że nie mogę oczekiwać znalezienia czegoś interesującego w miejscu, które nie było w cale żadnym ważnym obiektem. Chodziło mi bardziej o sprawdzenie przeciwnika. Jak daleko mogą mnie doprowadzić? Czy uda mi się w pewnym momencie odwrócić role i zacząć ich ścigać? Czy dowiem się jakiej sprawy tak zaciekle bronią?

Wsiadłem do taksówki.

– Museum den kunst, bite! – rzuciłem taksówkarzowi nieskładnie, udając niemiecki.

– OK mister. – odpowiedział Hindus, szczerze się do mnie uśmiechając.

Przez pierwsze kilka minut jazdy rozglądałem się, czy nie jesteśmy śledzeni.

Dałem sobie jednak z tym spokój. Jechałem w przekonaniu, że wkroczyłem w coś, czego do końca nie rozumiem. Wydawało mi się, że załatwienie sprawy Jurija będzie wyglądało nieco inaczej. Tymczasem jechałem na wystawę, nie wiedząc co dalej. Nie miałem żadnych wyraźnych wskazówek. Tylko jakieś podpowiedzi, gierki, podchody. Stara szkoła nauczyła mnie wykonywania ściśle określonych zadań. Tutaj tego nie było. Wszystko czego się nauczyłem mogłem albo wyrzucić do śmieci, albo próbować przetworzyć na potrzeby tej misji. Oparłem głowę o fotel. Poczułem, że dopada mnie straszne zmęczenie i senność. To była moja chwilowa  niedyspozycja. Zawsze źle znosiłem loty. Musiałem się ratować dobrą kawą.

Obudziło mnie szturchnięcie w bark.

– Jesteśmy na miejscu mister!

– Co!?… aha, przeprasza… tak oczywiście, dziękuję… – odpowiedziałem wysiadając z taksówki. Podałem Hindusowi jeszcze przez okno dziesięć euro. Nie wiedziałem ile powinienem zapłacić, ale kazałem mu zatrzymać resztę. Chciałem, żeby jak najszybciej odjechał.

Stanąłem przed wielkim gmachem kopenhaskiego muzeum sztuki, które bardziej przypominało biały dom, niż skromną galerię malarstwa, jaka spodziewałem się zastać. Czego zresztą mogłem się spodziewać po stolicy Danii!? Onieśmielony monumentalnością tejże budowli i swoim niezrozumiałym skojarzeniem zacząłem wspinać się po kilkudziesięciu krystalicznie białych marmurowych stopniach. Dotarłem na szczyt i stanąłem przed średniej wielkości drzwiami z niesłychanym napisem: „OPENED 16-22.”

Nie pomyślałem, że tak ważna wystawa, w tak ważnym miejscu jest dostępna co najmniej od popołudnia. Zszedłem na dół. Ku mojemu zdumnieniu nie czekała na mnie moja taksówka. Właściwie nie widziałem też żadnej innej, ani w ogóle zbyt wielu samochodów przejeżdżających w tej części miasta. Rozejrzałem się i zauważyłem, że właściwie jedynym miejscem, do którego mógłbym się teraz udać jest niewielki bar po drugiej stronie ulicy. Świetnie! Nie jadłem jeszcze śniadania. Nie piłem kawy. Wyrósł spod ziemi chyba specjalnie dla takich niezorientowanych cudzoziemców jak ja.

Wszedłem do środka i rozejrzałem się szukając dyskretnego stolika, gdzie mógłbym spokojnie przejrzeć resztę targanych ze sobą materiałów. Zlokalizowałem bez problemu loże z czerwonych skórzanych kanap z wysokimi oparciami, w sympatycznej wnęce, nieco na uboczu. Miałem dobry widok na wszystkich wchodzących, z tym, że wchodzący nie do końca mogli mnie zauważyć ponieważ częściowo zasłaniał mnie bar. Dość szybko zamówiłem jajecznicę na szynce, kilka tostów z dżemem, szklankę soku pomarańczowego, spory kawałek czekoladowego ciasta, na początek od razu szybkie espresso i później duże cappuccino z wodą.

W tym czasie kelner wyciągnął coś spokojnie spod baru.

Nie zaczął od mojego zamówienia, tylko od szperania w niewielkim pudełku. Wyjął zdjęcie. Nie widziałem co na nim jest. Przyjrzał mu się chwilę. Odłożył. Podszedł do szuflady. Wyjął z niej kopertę. Położył ją na tacy. Z tacą podszedł do ekspresu i zaczął szykować moje espresso. Ułożył spodek, serwetkę, położył napełnioną filiżankę, dodał małą łyżeczkę, postawił obok szklaneczkę, napełnił ją wodą, dodał cukier, serwetki, przyprawy, przerzucił sobie przez przedramię białą serwetę i przyszedł z tym wszystkim do mnie. Z całkowitym spokojem podał mi wszystko, wsuwając pod moją lewą rękę białą kopertę.

– Bardzo proszę. – powiedział uśmiechając się. Kiedy podawał mi resztę, dodał – Życzę Panu smacznego.. bałem się, że Pan nie przyjedzie, bardzo się cieszę, że Pana widzę. Proszę o nic nie pytać, tam jest wszystko. Bardzo się cieszę, że będziemy mogli razem pracować…

– Bardzo dziękuję. – odpowiedziałem, patrząc na niego chłodno.

Czułem się w tym momencie, jak element cholernie nieśmiesznej gry, którą ktoś mi przygotował. Zacząłem się zastanawiać, jaką ja w ogóle mam do odegrania rolę w tym całym bałaganie?

Siedziałem dłuższą chwilę wpatrując się w kopertę trzymana w lewej ręce. Popijałem przy tym moje espresso. W myślach przeklinałem Jurija za to, że wpakował mnie w to całe bagno. Ciekawe co teraz mi wymyśli w tym liście. Poda mi kolejne namiary, kolejne adresy, następnych ludzi, jakieś rewelacyjne wskazówki, które mają mnie doprowadzić do rozwiązania zagadki jego życia!? Zaczynałem mieć już tego wszystkiego dość. Nie spodziewałem się takiego obrotu wydarzeń. Zbyt wielu ludzi już o mnie wiedziało, a moim założeniem było przeprowadzenie swojej akcji zupełnie anonimowo. Zastanawiała mnie ta cała zagadka, choroba Jurija, jego misja.

Nie wiedziałem do tej pory, co tak naprawdę jego misją było!!

Stałem się marionetką nieżyjącego faceta, który robi ze mną co chce, a ja nawet nie mam pojęcia dlaczego. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Łamałem w ten sposób wszelkie znane mi procedury bezpieczeństwa. Musiałem szybko ustalić cel, metody, czas, miejsce działania i wszelkie procedury bezpieczeństwa. Patrzyłem na tą przeklęta kopertę.

Otworzyłem ją.

W środku był list.

Poza listem znalazłem jeszcze jakieś śmieci: zielony młody listek dębu; fiolkę z odrobiną mętnej wody; mały znaczek z kampanii wyborczej Ala Gore’a i G. W. Busha, gdzie na rewersie widniała biała maska i podpis „We’ll never forget – Anonymous”; przedartą na pół studolarówkę z 2007 roku; kawałek brunatnej skały; trzy malutkie flagi USA, UE i ZSRR dyndające na łańcuszku; a także breloczek ze szklaną kostką do gry.

Zrobiłem łyk kawy i zacząłem czytać.