REKLAMA

Autor: Michał Waliszewski

Tydzień temu doszło do porozumienia między rządami Armenii i Azerbejdżanu. Wojna między tymi państwami toczyła się o region Górskiego Karabachu, który był pod kontrolą samozwańczej Republiki Arachu. Arach to teren sporny, obecnie głównie zamieszkany przez Ormian, który dostał się pod kontrolę Armenii w wyniku jej wojny z Azerami z lat 1988-1994 r.
Jeszcze przed upadkiem ZSRR, w 1988 r. sowiecka republika Armenii chciała przyłączenia tego terenu do swojej części administracyjnej. Spór poprzednio skończył się zwycięstwem Ormian, choć zwrot „skończył się” jest uproszczeniem. Między oboma państwami dochodziło co pewien czas do incydentów granicznych, czy wręcz wzajemnych ostrzałów.
Arachu nie uznał nikt, nawet sama Armenia. W praktyce ONZ i zrzeszone w tej organizacji państwa uznawały nienaruszalność granic Azerbejdżanu i sam Arach za jego część. Taki sposób zawieszenia statusu jakiegoś terenu przypomina sytuację Krymu, Nadniestrza, Abchazji czy Osetii. Sytuacja wydawała się podobnie patowa: kontrolę ma jeden kraj, społeczność międzynarodowa tego nie uznaje i w ten sposób można czekać na jakieś większe przetasowanie na arenie międzynarodowej w jedną lub drugą stronę, która zmusi oba państwa do zawarcia porozumienia.
Taki moment nadszedł teraz i – co kluczowe – nadszedł z woli Turcji. W momencie rozpoczęcia działań zbrojnych większość ekspertów poustawiała pionki na szachownicy i określiła kto ma jaką siłę przebicia. Nie chodzi tu tylko o zdolności militarne, ale także te dyplomatyczne, polityczne (wewnętrzne) i ekonomiczne. Na tej podstawie rozsądzono wtedy, że Armenia ma silną armię, przewagę terenu i większe doświadczenie, a Azerom nie udał się „blitzkrieg”, co znacznie zmniejsza ich końcowe szanse na sukces. Pokazywano zdjęcia syryjskich najemników i dominowało przeświadczenie, że to Turcja zadecyduje o losach wojny, a Rosja ma w ręku fatalne karty i jako bliski sojusznik Armenii i dalszy Azerbejdżanu, jest w niekorzystnym położeniu. Bliskość sojuszu z Erywaniem nie musiała teoretycznie determinować działań Rosji, bo Azerowie atakowali Armenię, ale przecież główny front toczył się na terenie który jest oficjalnie ich, więc Armenia nie może wystąpić oficjalnie do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czyli „rosyjskiego NATO” o obronę. Jednocześnie sama Rosja posiada takie republiki jak Arach, więc ignorując potrzeby Armenii zaprzeczała własnej polityce jak i pozostawiała wrażenie, że takie miejsca można odbić siłą, a ona nie będzie w to ingerować (do tego jeszcze wrócimy).
Zwykle tego typu opis jest przez autora artykułu zwieńczony hasłem „wszyscy się pomylili, ponieważ było tak i tak”. Nie pomylili się. A przynajmniej nie co do clou sprawy. Azerowie zwyciężyli, zrobili to dzięki pomocy Turcji, Armenia podpisała niekorzystne porozumienie, które de facto było kapitulacją Arachu. Rosja spłoszona rozwojem sytuacji nie użyła sił zbrojnych do pomocy Ormianom, co nie przeszkodziło jej stracić śmigłowiec zestrzelony nad terenem Armenii w dzień podpisania zorganizowanego przez nią pokoju (prawdopodobnie z inicjatywy Turcji). I to jest moment, który dla wielu ekspertów stał się pułapką ich własnych – słusznych – przewidywań. Od tego momentu zaczęli oni oceniać nie sytuację, która ma miejsce, a rozwój sytuacji wobec początkowych pozycji. Zaczęły się masowo pojawiać głosy mówiące, że to Rosja jest wśród zwycięzców, bo to ona wprowadzi (na mocy porozumienia) swoje wojska do Górskiego Karabachu, że to ona będzie kontrolować pas transportowy Turcja-Azerbejdżan przez Armenię, który zapewnili sobie Azerowie i że to Putin jest ojcem tego pokoju, co ma mieć dla niego pozytywne znaczenie dyplomatyczne. Co więcej, uznano że ponieważ to nie Erdogan jest jego autorem i to nie jego wojska tam będą, to przegrał to starcie.
Nie mogę oprzeć się pewnemu porównaniu. Kilka tygodni temu odbył się mecz Realu Madryt i Szachtara Donieck. W drużynie z Doniecka wykryto masową ilość zakażeń na covid-19 i chciała ona przełożyć mecz. UEFA nie wyraziła zgody i w Szachtarze musiała wystąpić drużyna młodzików. Niespodziewanie dla wszystkich wygrała w Madrycie (choć nie na Santiago Bernabeu) 3:2, prowadząc po pierwszej połowie 3 bramkami. Wyobraźmy sobie jednak że wynik był 3:2 dla Realu. Jestem przekonany, że czytałbym wiele komentarzy krytykujących Real za to, że minimalnie wygrał z tak osłabionym rywalem i tak będącym półkę niżej, że Szachtar pokazał serce, że postawił się tytanowi, który miał wszystkie przewagi itd. To ta młoda drużyna zostałaby bohaterami mediów i to mimo porażki. Jednak fakt pozostałby faktem i to Real dopisałby sobie 3 pkt, niezależnie od ocen stylu. W tej analogii, Rosja jest – o ironio – drużyną z Ukrainy, a sunnicka Turcja klubem z państwa okupowanego przez muzułmanów trzynaście wieków temu.
Putin tym pokojem wyszedł z twarzą, stał się bohaterem narracji części mediów i ekspertów, ale to on jest przegranym całej sprawy, a nie jak sugerują niektórzy – Erdogan. Taka opinia pojawiła się z uwagi na to, że postawiono Rosję jako tego słabszego w momencie rozpoczęcia działań wojennych. Słabość nie wynikała jednak z obiektywnych czynników, a ze złej polityki Rosji w balansie między Armenią, a Azerbejdżanem, a przede wszystkim z braku utrzymania równej pozycji w Baku ze ścigającą się tam z nimi Turcją. Jasne i pełne poparcie Erdogana dla Azerów brało się z tego, że już wtedy zdobył kontrolę nad azerską armią, co do czego osoby zajmujące się militariami nie wydają się mieć wątpliwości. Rosja w takiej sytuacji miała w oczach Ormian obowiązek bronić swojej strefy wpływów, państwa gdzie ma bazę wojskową i które stosuje podobną politykę zamrażania konfliktu. Tutaj właśnie wracamy do kwestii „odbijania siłą” takich miejsc. Otóż wbrew głosom poparcia dla Armenii z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, Ukraina i Gruzja oficjalnie lub nieoficjalnie poparły Turcję i Azerbejdżan. Oba te państwa mają problemy z taką polityką Armenii, ponieważ to wobec nich zastosowała ją Rosja. Teraz pojawiają się pomysły na Ukrainie, mówiące że o ile odbicie Krymu zapewne jest obecnie niemożliwe, o tyle zakończenie buntu w Donbasie powinno pojawić się na stole prezydenta Zelenskiego.
Kiedy dodamy do tego, że Turcja i Azerbejdżan zyskały zdolność połączenia handlowego i prawdopodobnie energetycznego, zaczynamy mieć właściwy obraz tego rozstrzygnięcia. Ponad to sama Turcja na pewno zapewniła sobie w Baku odpowiednie wynagrodzenie w postaci korzystnych umów handlowych za zwycięstwo w tej wojnie dla prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa. To tylko zacieśni więzi wasalne Ankary z Baku, być może do poziomu kontroli jaki ma Putin nad Łukaszenką. Azerbejdżan wykonywał wiele gestów wobec Rosji w ostatnim czasie. Miały one służyć obniżeniu jej chęci udziału w takim konflikcie. Tak przynajmniej twierdzą zwolennicy Putina w polskim internecie. Nie różnię się z nimi co do odczytywania tego faktu, ale twierdzę że źle interpretują jego efekt. Jeśli tak się stało, to pokazało, że każdy przeciwnik sojuszników Putina, może po prostu kupić sobie neutralność Rosji.
Porządkując w punktach wyżej wymienione negatywne efekty tej wojny dla Kremla:
-spadek wiarygodności wśród sojuszników i wzmocnienie wśród nich pozycji Erdogana
-zaprzeczenie nieoficjalnej, ale powszechnie znanej narracji dotyczącej współpracy z pseudorepublikami
-pojawienie się możliwości odwojowania Donbasu, Abchazji, Osetii, a w perspektywie wielu lat nawet Krymu
-zwiększenie współpracy ideowej między Turcją, Ukrainą, Azerbejdżanem i Gruzją
-„armeńską duszę”, ponieważ zwykli obywatele Armenii będą czuć się zdradzeni, co może mieć wpływ na ich wybory kiedy kurz wojny opadnie
-zacieśnienie wasalizacji Azerbejdżanu wobec Turcji
-zwiększenie niezależności energetycznej Turcji

Gdyby zrobić podobną listę „co wygrał Erdogan”, można by po prostu przepisać powyższe punkty, ponieważ praktycznie każdy wzmacnia go bezpośrednio lub pośrednio (np. relacje z Ukrainą). Wobec wszystkich, twardych i znaczących punktów, odpowiedzią na to miałoby być postawienie wojsk w Górskim Karabachu i dyplomatyczne ojcostwo pokoju. Szczególnie w społeczeństwie Armenii, które nie jest zadowolone z tej kapitulacji, będą za to Kremlowi zapewne nie zwykle wdzięczni. Obrazki ludzi z niosącymi flagi Azerbejdżanu i Turcji, które miały co ciekawe pochodzić z St. Petersburga, dość jasno wskazują też komu naprawdę są wdzięczni zwykli Azerowie.
Wojska rosyjskie według umowy mogą przebywać tam 5 lat. Tylko co jeśli Azerbejdżan tej umowy nie przedłuży? Rosja zdecyduje się pójść z nimi na starcie o tą sprawę? Teoretyczna kontrola nad pasem transportowym również jest kompletnie bez znaczenia, bo musiałby on być chroniony przed Armenią, a Armenia nie użyje siły przeciw Turkom. Rosja również tego nie chce, a Turcja w razie ataku byłaby stroną broniącą siebie lub Azerów. Każdy taki atak byłby fatalny wizerunkowo dla Rosji, a realnie niczego by nie zmieniał dla Turcji, która i tak obwiniłaby Armenię i to na niej przeprowadziła odpowiedź. Co więcej, Rosja będzie musiała pilnować żeby do takiej prowokacji naprawdę nie doszło.
Putin nie dał pełnego walkowera, bo w ostatniej chwili jednak wyszedł na boisko, ale gratulowanie mu tego że przegrał jedynie 3:0, a nie zakładane 5:0 jest dezinformujące i właśnie to że starcie z Erdoganem przegrał wyraźnie powinno być główną informacją. Niezależnie od tego którego autorytarnego przywódcy nie lubimy bardziej.
Jako P.S., wypada odnieść się też do przytaczania zachowań Francji i USA, jako porażki Zachodu. Zachód nie mógł przegrać tam, gdzie nie miał zamiaru być nijak obecny. Żadne z uczestników konfliktu nie jest ich sojusznikiem ani nawet realnym partnerem. Zachód nie ma tam żadnego swojego interesu, za to jest „tym trzecim” który patrzy z boku na wygodny dla nich spór Rosja-Turcja. W obecnej sytuacji jest to najbardziej racjonalne zachowanie, więc jakakolwiek krytyka UE, czy USA jest tutaj po prostu chybiona. Równie dobrze można skrytykować mnie za to, że nie strzeliłem gola dla Realu na 3:3.

Zdjęcie, źródło:
twitter Erdogana i tt Putina