REKLAMA

Autor: Maciej Grudziński

Kto z Was miał ostatnio przyjemność podróżowania pociągiem? W dowolnym kierunku, w nieokreślonym celu… Kto z Was miał okazję zobaczyć z okien pociągu piękno naszego kraju, które zwykle umyka kierowcom podróżującym Autostradą Bursztynową? Człowiek przyzwyczaja się do udogodnień, nowości, techniki. Przyzwyczaja się do tego co ma, a to nie jest dane raz na zawsze i nie jest dane od zawsze. Mijałem na trasie pociąg jadący z Czech. Tych samych, które zdaniem Mariusza Szczygła dla wielu mogą stać się rajem, oczywiście przy odrobinie piwnego szczęścia i zmianie podejścia do siebie samego i własnego życia. Mijając owy pociąg uświadomiłem sobie brutalną prawdę, niczym Sheldon zasatanawiający się czemu Hrabia Chocula z płatków śniadaniowych jest Hrabią i po kim odziedziczył tytuł? 🙂
Uświadomiłem sobie, że nasze wyśmiewane morze, dane nam prawie od zawsze i prawie na zawsze, dla wielu narodów jest celem samym w sobie. Jest bytem budzącym autentyczną zazdrość i niekłamany podziw. Uświadomiłem sobie również, że prawie jednak robi wielką różnicę, a to dlatego, że twór ten istniejący od zawsze stał się polskim bytem równo sto lat temu. Ciężko sobie wyobrazić puste plaże, oberwane klify i porośniete przenicą tysiące hektarów pól uprawnych przy nadmorskich wsiach, prawda? Nie zdajemy sobie współcześnie sprawy, że niegdyś jedynymi zamieszkałymi miejskimi terenami były wielkie miasta portowe jak Gdańsk i Szczecin, a nadmorskie tereny były niczym innym jak prywatnymi piaszczystymi polami, do których mieli dostęp zaledwie miejscowi chłopi i kilku arystokratów. Dziwne? Nie za bardzo. Nie było własności, powszechnego dobrobytu, stałych etatów, urlopów, potrzeby wypoczynku i współcześnie znanej turystyki. Z turystyką, jak z wieloma dziedzinami niegdyś, było tak, że pozostała przez wiele stuleci zarezerwowana dla najbogatszych i wolnych ludzi. Nie mówiąc o włóczęgach i żołnierzach, a także podróżnikach pasjonatach, to wiedza o atrakcjach i pięknie innych regionów była znikoma.
Czesi, Słowacy, Austriacy i Szwajcarzy dostępu do morza nie mają w ogóle. My, Polacy, nasz dostęp do morza polskim zwyczajem wyśmiewamy. W 1920 roku zyskaliśmy całe 140 km wybrzeża z Gdańskiem, Półwyspem Helskim i Rozewiem. Choć zaślubiny Polski z Morzem Bałtyckim miały miejsce w lutym i trzeba było wody rozkuwać, to akt ten i legenda Generała Hallera przetyrwały wsród rybaków nadmorskich wiosek do dziś! Tam gdzie niegdyś na pustej plaży pośród pól i wsi zyskiwaliśmy dostęp do morza i świata (!) za jego sprawą, w czasach gigantycznych transatlantyków i schyłku morskiej potęgi Imperium Brytyjskiego, dziś rozsiane są kurorty i ośrodki wczasowe. Tam gdzie kiedyś polską flotę handlową zawiązywało kilka kutrów pod starymi neimieckimi banderami, tam dziś widać miliony parawanów i parki rozrywki.
Polska miała po prostu morskiego pecha. W czasach największego rozkwitu potęgi morskiej na świecie prowadziliśmy wojny ze wszystkimi sąsiadami od Turków po Rosjan. Kiedy trzeba było bronić wybrzeża przed największą europejską najemną armią szwedzką, to naszego skarbca nie było stać na wyposażenie silnej floty. Kiedy po kolejnych dziesiątkach lat odbudowaliśmy kraj gospodarczo, to przyszły zabory i tym bardziej zniknęliśmy z mapy. A kiedy wreszcie odzyskaliśmy upragnioną niepodległość, to czasy potęg morskich wszystkich krajów już dawno minęły i Polsce pozostały tylko rybackie kutry i nadmorskie pola, bo przecież zawsze byliśmy przede wszystkim krajem rolniczym. Nie pomogło wybudowanie Gdyni, którą wchłonęło Trójmiasto. Nie obroniliśmy się przed kolejną wojną, ani wpływami komunistów, którzy inwestowali w kopalnie i huty, a nie porty i stocznie, które dziś są już dawno bankrutami z piękną historią. Efekt owej polityki jest taki, że większość pływających na świecie marynarzy to Polacy, ale bez własnej floty i krajowych armatorów.
We wszystkim, jak to w życiu bywa, trzeba mieć przede wszystkim szczęście. A my mieliśmy pecha, morskiego pecha. Casem sobie myślę, że z polskim morzem jest jak z Disco Polo – wszyscy się z tego smieją, a jednocześnie kochają. Z drugiej strony z roku na rok oblężenie nadmorskich miasteczek jest coraz większe. W dobie pandemii nawet chyba zbyt duże w tym roku. Morze Bałtyckie dało nam Gdańsk – jedno z najpiękniejszych europejskich nadmorskich miast. Gdańsk dał nam Stocznię Gdańską, a stocznia – Solidarność. Ta z kolei przyniosła upragniony Sierpień ’80 i ostateczną wygraną z komunizmem dającą wolność. Jeśli morze to wolność, to wszystko się zgadza w tej układance! Niedługo kolejne polskie święto – Cud nad Wisłą. Kolejna okazja do wspomnień i refleksji nad własnym patriotyzmem. Bo przecież odzyskane morze trzeba było jeszcze obronić! Nie śmiejmy się więc z parawanów, kukurydzy, kutrów, rybaków, latarni, plażingu, prawie ciepłej wody i tylko jednej polskiej wyspy. Cieszmy się z tego, że mamy to morze, bo inni go nie mają. Pamiętajmy też, że zanim dokonał się Cud nad Wisłą, to dokonał się Cud nad Morzem sto lat temu. A kolejny w 1945 roku, ale to już zupełnie inna historia… 🙂