REKLAMA

We Włocławku trwają 96. Mistrzostwa Polski w lekkiej atletyce. Na starcie zawodów, mimo trwającej pandemii, pojawiło się wiele gwiazd „królowej sportu”. Nie da się nie odnieść jednak wrażenia, że najważniejsza krajowa impreza w tej dyscyplinie nie jest świętem, takim jakim być powinna. Wszystko przez decyzję PZLA.

Pomóc zawodnikom wrócić do normalności

Pandemia koronawirusa sprawiła, że sezon lekkoatletyczny rozpoczął się znacznie później niż zwykle. Zawodnicy mają za sobą zaledwie kilka startów, a niektórzy w ogóle zrezygnowali z rywalizacji w tym roku, chcąc się wyleczyć lub lepiej przygotować do przyszłorocznych wyzwań. Większość lekkoatletów w związku z przełożeniem igrzysk olimpijskich w Tokio oraz odwołaniem mistrzostw Europy w Paryżu chciało spróbować nowych bodźców treningowych i mieć jak najwięcej możliwości przetestowania ich w praktyce. Docelową imprezą dla naszych zawodników miały być 96. Mistrzostwa Polski we Włocławku. I rzeczywiście pod większością względów są. Jednak niektórzy z województwa kujawsko – pomorskiego wyjadą niezadowoleni i to nie z powodu słabych wyników sportowych. Polski Związek Lekkiej Atletyki powinien zrobić wszystko, co w jego mocy, by umożliwić zawodnikom jak najłagodniejszy powrót do normalności. Mam wrażenie, że nie wszystko zostało zorganizowane tak jak powinno. Ale po kolei.

Dura lex, sed lex

Na zarządzie PZLA ustalono, że do startu na MP we Włocławku nie zostaną dopuszczeni zawodnicy, którzy na danym dystansie nie zdobyli minimum. Można je było uzyskiwać w poprzednim oraz w obecnym sezonie. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w związku z pandemią koronawirusa ten przepis w regulaminie jest nieco nieaktualny, a na pewno stanowi dużą przeszkodę dla zawodników. Kontuzje oraz rezygnacje ze startów w tym sezonie wielu lekkoatletów sprawiły, że we Włocławku oglądamy znacznie mniejszą stawkę zawodników niż dotychczas. W związku z tym w wielu konkurencjach limity startowe nie zostały spełnione. Nic nie stanowiło więc na przeszkodzie, by dopuścić lekkoatletów bez minimum do rywalizacji. Związek pomógłby im w wypełnieniu planów startowych, a zyskałby podniesienie poziomu konkurencji lub przynajmniej większy rozgłos medialny. Ustanowienie sztywnych norm w tym wyjątkowym sezonie przyniosło efekt odwrotny od zamierzonego. I wydaje się, że nie ma w tej sytuacji wygranych, a wszyscy są przegrani.

Miało być święto, a jest zamieszanie

Grono niezadowolonych zawodników jest duże. Angelika Cichocka, Matylda Ślężak, Danuta Woszczek, Marcin Lewandowski – to tylko niektóre z nich. Mistrzyni Europy w emocjonalnym wpisie na jednym z portali społecznościowych nie czuła rozgoryczenia z powodu niedopuszczenia jej do startu na 1500 metrów ze względów regulaminowych. Pozostał jej występ jedynie na 800 metrów. Lewandowski, o czym sam wspominał, miał cel wystartować na zakończenie niedzielnych zmagań w biegu na 5 km. W związku z tym, że nie miał na tym dystansie minimum, nie został dopuszczony do startu. Postanowił więc zrezygnować z występu na 800 metrów i wyjechał wcześniej z Włocławka. O ile ciekawiej wyglądałaby rywalizacja pomiędzy Sofią Ennaoui, a Cichocką na 1500 metrów, a także możliwość sprawdzenia się Lewandowskiego w biegu na 5 km, który już w tym roku pobił jeden rekord Polski. Niestety nie przekonamy się o tym. Kibice stracili widowisko, zawodnicy okazję startu, a działacze zaufanie zawodników.

Jedyną zaletą regulaminu jest fakt, że nie było od niego wyjątków. Jednak smutne jest, że najważniejsza impreza w kraju w tym sezonie nie przebiega w miłej atmosferze, a działacze nie wykazali odrobiny dobrej woli i zrozumienia dla zawodników.