Słyszałem, że malujesz domy…

0
80

Autor: Maciej „Gruda” Grudziński

W domu spokojnej starości, szczelnie owinięty kocem, siedzi na krześle mężczyzna w podeszłym wieku. Nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować – nogi odmówiły posłuszeństwa, serce bije coraz wolniej, płuca łapią powolne płytkie oddechy, pamięć szwankuje, ciało się poddaje, nie walczy, po prostu zwalnia jak maszyna latami pracująca bezbłędnie, której ktoś odłącza prąd. Zbliża się koniec.. Nadchodzi cicho i spokojnie, przez lekko uchylone drzwi do pokoju wdziera się przerażająca pustka. Frank siedzi i czeka. Czeka na śmierć, która nie nadchodzi… nie dzieje się nic… tylko pustka, cisza i czas…

Za młodu służył w amerykańskiej armii w Europie w trakcie II wojny światowej, a po powrocie do domu został kierowcą ciężarówki, po czym szybko związał się ze związkami zawodowymi amerykańskich kierowców, ich szefem Jimmym Hoffą, a jeszcze szybciej z przestępczą organizacją Russella Buffalino, dla której zaczął wykonywać prywatne zlecenia, które określano w branży jako „malowanie domów”. Choć co prawda nie był malarzem, to przyznawał, że faktycznie zajmuje się „malowaniem”, ale ludzką krwią spływającą po ścianach.

Martin Scorsese załundował nam kolejna superprodukcję, która jednych zachwyca, a drugich nudzi swoją ponad trzygodzinną fabułą. Choć premiera Irlandczyka, największą furorę zrobiła na Netflixie, o którego fenomenie przyjdzie mi jeszcze wspomnieć w osobnym felietonie, to w myśl zasady Amerykańskiej Akademii Filmowej obraz ten musiał również trafić do kin, żeby mógł być brany pod uwagę przy podziale przyszłorocznych Oscarów, bo przecież jaka to ceremonia bez najnowszego filmu Scorsese? Film jest tak zimny i lodowaty jak pogrzeby ofiar Franka „Irlandczyka” Sheerana, autentycznej postaci z nowojorskiego mafijnego środowiska, który zmarł śmiercią naturalną w 2003r. po zaledwie kilkunastu latach spędzonych w więzieniu za swoje liczne zbrodnie i morderstwa dokonywane dla rodziny Buffalino właśnie. Wcielający się we Franka Robert DeNiro, będący również współproducentem filmu, z klasą oddał cały chłód i dramatyzm granej postaci, a wraz Alam Pacino i Joe’m Pescim (który nagrodzony został Oscarem za rolę gangstera w Chłopcach z ferajny Martina Scorsese, a w okresie świątecznym obejrzymy go po raz setny jako włamywacza w Kevinie…) tworzą grupę idealnie nadających się do grania gangsterów fachowców kina. Choć razi sztywność i dosłowna starość wypełzająca z ekranu w każdej następnej scenie, to trzeba przyznać, że dobiegającemu osiemdziesiątki reżyserowi wraz ze swoją również nie młodą obsadą udało się dokonać rzeczy prawie niemożliwej – pokazać nam czas, świat, życie i przemijanie oczami własnie staruszków, z tą różnicą, że mających na koncie najgorsze zbrodnie tego świata i dziesiątki ofiar i ich rodzin na sumieniu. Mo żemy się przekonać jak to jest traktować mordowanie mafijnych wrogów jak normalną codzienną „pracę” i wracać po niej do normalnego życia. Kilka lat temu mieliśmy okazję oglądać historię Richarda Kuklińskiego, ale nie słynnego polskiego szpiego-bohatera tylko płatnego zabójcę na zlecenie dla rodziny Gambino (jego szef Carlo Gambino był „szefem szefów” amerykańskiej mafii w XXw.!). Kukliński pseudonim Iceman był psychopatą i mordercą mającym na końcie ponad 200 ofiar (!), a prywatnie nie przeszkadzało mu to prowadzić normalnego życia, mieć rodziny i dzieci. Z problemami rodzinnymi boryka się również Frank Sheeran, który próżno szukał akceptacji i miłości w oczach córki.

Od czasów Ojca chrzestnego Francisa Forda Coppoli z roku 1972, będącego ekranizacją powieści Mario Puzo, pisarza mającego włoskie korzenie, popularność kina mafijnego nie słabnie. Ojciec chrzestny zdobył w 1973r. trzy Oscary – za najlepszy film; za najlepszą rolę pierwszoplanową dla Marlona Brando oraz za najlepszy scenariusz adaptowany dla duetu Puzo-Coppola. Zachwyt nad historią Don Vito Corleone okazał się tak duży, że w 1975r. Ojciec chrzestny II również sięgnął po Oscara za najlepszy film, zaś Ojciec chrzestny III z 1990r. pomimo aż siedmiu nominacji statuetki nie zdobył. Rok póżniej Martin Scorsese zafundował publiczności Chłopców z ferajny z Robertem DeNiro w roli głównej oraz z Joe’m Pescim laureatem Oscara za rolę drugoplanową w tym właśnie filmie. Sam Scorsese uważany jest przez wielu krytyków za jednego z największych i najzdolniejszych reżyserów na naszej planecie i „ojca chrzestnego” amerykańskieg kina oraz filmowej kariery samego Roberta DeNiro. Uważam, że jego najnowsza produkcja jest hołdem dla całego filmowego nurtu mafijnego, który jeszcze wiele lat będzie niewyczerpanym żródłem inspiracji dla reżyserów i scenarzystów, a także pożegnaniem w wielkim stylu ze swoimi aktorskimi przyjaciółmi, którzy w Irlandczyku pokazali swoje młode twarze za sprawą obróbki komputerowej, co w tym przypadku było mistrzowskim posunięciem.

Skąd bierze się ludzka fascynacja złem i przestępcami? Czemu historie o zwykłych bandytach, albo robin hoodach o nieco bardziej miękkich sercach zbieraja milionową widownię przed ekranami, a wspomnienia gangsterów i mafiosów cieszą się popularnością wśród czytelników? Może Scorsese szukał odpowiedzi kręcąc Gangi Nowego Jorku z Danielem Dey Lewisem w roli głównej, a w XIX-wiecznej rywalizacji nowojorskich pionierów, rabusiów, imigrantów i rabusiów szukał podwalin pod rodzącą się nowoczesną mafię? Czy może w serialu Zakazane Imperium o początkach hazardwej potęgi Atlantic City i czasach prohibicji Ala Capone i Nucky Johnsona próbował usprawiedliwić rozwój przestępczości wprowadzeniem zakazu sprzedaży alkoholu? A może wreszcie wyjaśnienie znalazł w historii policjanta wchodzącego głęboko w struktury współczesnej grupy gangsterskiej, który zaczyna zatracać poczucie rzeczywistości wykonując nadludzką misję w oscarowej Infiltracji z Leonardo DiCaprio? Martin szuka i pokazuje przykłady, buduje prawdziwe światy, splata realne historie i wplata w nie fikcyjne tropy, miesza czasy i epoki. Wszystko po to by pokazać widzom, że zło w ludziach było, jest i będzie, a sadystyczni, okrutni hipokryci dla pieniędzy i władzy nadal będą zastraszać, wymuszać, rabować, gwałcić, zabijać i porywać ludzi. Po wykonanej „robocie” trzeba żyć dalej i wrócić do rodziny, jak Frank. Czas jednak mija, a Frank zostaje sam w pustym domu, bez rodziny, która odeszła, bez przyjaciół, kórzy dawno nie żyją, bez wrogów, których zabił.. Czeka tylko na śmierć, która nie nadchodzi, jakby za karę za wszystko co zrobił. Polecam wszystkim Irlandczyka i wróżę bardziej Oscara za reżyserię dla Martina Scorsese niż dla smego filmu za najlepszy obraz i z niecierpliwością czekam na oficjalne nominacje, racząc się w międzyczasie nominacjami do Złotych Globów, które są oscarowym barometrem.

Autor: Maciej „Gruda” Grudziński

Materace KOŁO