REKLAMA

Autor: Michał Waliszewski

W ostatnim materiale przedstawialiśmy kontekst i warunki „teoretycznego zwycięstwa” Putina na Bliskim Wschodzie. Zaznaczyliśmy, iż jest ono teoretyczne. Teraz skupimy się na kwestii praktycznego spojrzenia na tę sytuację.

Wizerunek potężnego cara
Potwierdza się popularna opinia mówiąca, że zwycięzcami nowożytnych wojen są ci, którzy je jedynie obserwują. Teoretycznie wygrał Putin i to zobaczył cały świat w krótkich newsach pokazywanych w różnych jego zakątkach. Praktyczna strona tego „zwycięstwa”, widoczna dla interesujących się tematem jest diametralnie inna. I ją widzą już tylko nieliczni. Dla Putina jest to akceptowalne. W myśl ustalonych priorytetów, najważniejsze nie jest dobro Rosji, a wizerunek Kremla przed obywatelami. W krajach autorytarnych oznacza to coś zupełnie innego niż w demokratycznych. Demokracje mają to do siebie, że pokój, zgoda, czy zmniejszenie temperatury sporu jest pozytywnie odbierane przez społeczeństwo, bo nie działa tam państwowa propaganda mocarstwowości. Rządy nie starają się wmówić ludziom, że ich wielkość jest budowana w oporze do kogoś, a poprzez pokazywanie porozumień które przyniosą obywatelom ekonomiczne korzyści. Krótkoterminowo używanie takiej retoryki może mieć miejsce w każdym kraju, ale to porozumienia są najbardziej fetowane. W Rosji Putin zyskał poparcie ludzi, kiedy zdobył Krym i zneutralizował Donbas, będący de facto pod jego kontrolą. Ludzie w demokracji znacznie częściej zapytają „co będę z tego miał?”, niż w kraju autorytarnym, bądź zmierzającym do autorytaryzmu. Tam rządzący i programy informacyjne zajmują się głównie szukaniem i atakowaniem domniemanych zdrajców, wrogów państwa, „zepsutego Zachodu” i jego instytucji (koniecznie z przymiotnikami „skorumpowanymi”, „oderwanymi” od rzeczywistości, czy „zideologizowanymi”).

Widz zwycięski. Wszyscy uczestnicy przegrali.
Dostrzeżenie tego, pozwala na zrozumienie kolejnych panicznych kroków Putina (i Erdogana), które kończą się dla Rosjan sankcjami uderzającymi ich po kieszeniach. Zamiast „chleba i igrzysk” dostają same igrzyska. Tu przechodzimy do tego co jest poza nimi. Do wspominanej praktyki.
Praktycznie: Putin przegrał to starcie bardzo zdecydowanie. Przede wszystkim nie ma już mowy o sojuszu Rosji i Turcji. Ich rozmowy, porozumienia i traktaty nie będą odbierane przez świat jako znaczące, tylko jako próbę zakopywania topora wojennego za każdym razem gdy jego trzonek zacznie być widoczny ponad usypany grób ich relacji. Turcja była polem dyplomatycznego sporu USA i Rosji od czasu puczu z 2016 roku w Ankarze. Erdogan uznał wtedy, że szeroko pojęty Zachód zwlekał z potępieniem rewolucji. Odebrał to jako ich nadzieję na swój upadek. Ta interpretacja była najprawodopodobniej słuszna, z racji obaw jakie aktualna polityka Ankary niesie w europejskich stolicach.
Rosja straciła tę przewagę nad USA, a turecki prezydent nad Europą. UE wie, że marsz migrantów jest powodowany słabością, a nie siłą „sułtana”. USA z większą chęcią może spojrzeć na sprzedaż Turcji F-35, czy przysłaniu Patriotów, choć cena nie będzie wyrażona tylko w pieniądzach. Podstawą tu będzie brak zakupu rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej S-400. To są bezpośrednie skutki dla Turcji, która tym sporem utraciła możliwość rozgrywania Unii i Stanów, teraz uciekając się do panicznych szantaży migrantami.
Jeśli Erdogan zgodzi się na amerykańskie warunki, to Putin stracił wielkiego kupca na swoją broń, a także lewar na Europę i USA w regionie. Może się też spodziewać, że w razie problemów z Iranem, USA uzyska prawo do ataku na ten kraj z terenów Turcji. Lata przeciągania Turcji na swoją stronę, poszły praktycznie w niepamięć. Zdobywanie nimi pozycji wobec USA również. Teraz jeszcze UE może narzucić Erdoganowi swoje warunki, co dopełniłoby porażki Rosji w tym kraju. Tym samym, mimo greckich problemów z migracją, pozycja Unii i USA w sposób naturalny wzrosła wobec obu omawianych państw.

Kłopoty Assada, kłopotami Rosji

Na tym lista strat się nie kończy. W tym momencie Putin uniknął ofiar wśród swoich żołnierzy, więc może podtrzymywać narrację o wycofaniu wojsk z Syrii. Ta wisi na włosku, z racji upadku politycznej bariery między Syrią, a jej północnym sąsiadem. W każdej chwili konflikt może rozgorzeć na nowo, a obrażona zerwaniem poprzedniego porozumienia i wejściem Assada do Idlibu Turcja, nie będzie się ograniczać w niszczeniu jego wojska. To wymusi na Rosjanach decyzję: wchodzimy ponownie i liczymy się z atakiem na naszych żołnierzy przynajmniej przez rebeliantów lub odpuszczamy i de facto doprowadzamy do upadku Assada. Prezydent Syrii jest w nie lada tarapatach. Jak informowaliśmy w jednym z ostatnich materiałów, na południu Syrii w regionie Daraa podniósł się bunt. Miejscowi przeciwnicy Assada informowali nawet o sukcesach terytorialnych. Kiedy Assad rzucił na nich wojsko, ryzykował powrotem do konfliktu z tamtejszymi klanami. Zrobił to bez wahania i w tym momencie wtrąciła się Rosja, która stała się gwarantem kolejnego pokoju między zwaśnionymi Syryjczykami. To pokazało, że opozycja pospieszyła się ze świętowaniem tureckiej interwencji, ale również że w razie jej nastania – nie będzie biernie obserwować sytuacji.
Ruch wrogów prezydenta Syrii bierze się także ze strat jakie poniósł. Ciężko opierać się na słowach tak Turków, jak i armii syryjskiej, więc większość z nich trzeba brać z dużą dozą ostrożności. Jednak informacje z tego regionu dość jasno wskazują, że SAA (Syrian Arab Army) wierne prezydentowi, utraciło kilkuset żołnierzy (niektóre doniesienia mówią o liczbie przekraczającej tysiąc), ponad sto czołgów, trzy samoloty i ponad sto wozów bojowych różnego typu. Wiadomo także o uszkodzonych lotniskach i sprzęcie obrony przeciwlotniczej. Z racji wieloletniego konfliktu Syria jest w ogromnych tarapatach finansowych. Nie ma jak jej być stać na odbudowanie sił zbrojnych, a mimo to duże transporty broni i sprzętu były wysyłane z Rosji. To oznacza, że Rosja uznaje że musi ją wysyłać chcąc utrzymać Assada u władzy i jednocześnie nie otrzymywać za to pełni należnych sum. Do tej pory syryjska armia używała sowieckich i rosyjskich czołgów. Gdyby uznać, że mieliby całkowicie podnieść się po zadanych przez Turcję ciosach, to musieliby kupić np. sto już używanych T-90. Wartość jednego takiego czołgu, ocenia się na ponad 4 mln dolarów. Tym samym straty samych czołgów uderzają blok syryjsko-rosyjski na ok 500 mln dolarów. Wartość Su-24 jest bliska 25 mln dolarów, co daje kolejne 50 mln straty po stronie Putina i Assada. Pojawiają się głosy, że dzięki temu Putin zwiększy kontrolę nad Syrią. Jest to błędne myślenie, ponieważ Rosja już decyduje o losie Syrii na każdy możliwy sposób i bez niej Assad pożegnałby się z urzędem lata temu.

Blok autorytarny, oparty głównie na Chinach, Rosji i Iranie jest żywotnie zainteresowany obroną swoich pozycji w Syrii, której upadek przybliżyłby koniec ich własnej władzy w swoich państwach. Złamanie budowanych z Turcją relacji powoduje konieczność powrotu tego silnego oponenta do prozachodniej polityki i jednocześnie osłabianie autorytarnych przywódców tak w Ankarze, jak i w Moskwie. Brak działań powstrzymujących Assada przed próbą opanowania Idlibu skończył się dla Rosji powyższymi negatywnymi konsekwencjami, a dopiero teraz zaczynają wychodzić na wierzch efekty tego osłabienia.Ciężko jest uwierzyć np. że Arabia Saudyjska byłaby równie skora do tak silnej odpowiedzi na odmowę Rosji w sprawie ograniczenia wydobycia ropy, gdyby ta tak znacząco nie osłabiła swojej pozycji międzynarodowej sporem z Turcją.