Były emocje, zwroty akcji, cliffhangery i spotkania głównych bohaterów. Szczyt G7 przypominał ostatni odcinek serii dobrego serialu, który odkrywa parę kart i rzuca zaczepnie zwrot w kilku intrygach, na których przebieg mamy czekać aż do następnego sezonu. Głównymi postaciami zdecydowanie Macron i Trump, ale przedstawienie tych nowych jak Johnson i w tle Bolsonaro nie pozostanie zapomniane. 

Brexit jest wszędzie

Nową postacią w tym gronie jest premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson. Ekscentryczny były burmistrz Londynu wygrał wewnętrzne głosowanie na szefa Partii Konserwatywnej, co równało się mianowaniu go na premiera Zjednoczonego Królestwa. Jest on zdecydowanym zwolennikiem Brexitu, lubi uciekać się do populistycznych zagrywek i z tej racji (a także podobnej fryzury) bywał nazywany brytyjskim Trumpem. Jednak w najbardziej interesującej go sprawie, lubiący go prezydent USA nie może wiele mu pomóc. Główna rozgrywka dla nowego premiera jest między nim, a przedstawicielami UE tak formalnymi (Tusk) jak i nieformalnymi (Macron i Merkel, zdecydowanie mniej mający swoje problemy Conte). Johnson, podobnie jak przed wyborami w USA Trump, obiecywał znacznie skuteczniejszą postawę podczas negocjacji z partnerami swojego kraju. Rzeczywistość okazała się jednak mniej przychylna, gdyż mimo ciepłych słów i kierowanych wokoło uśmiechów, Macron i Merkel odmówili premierowi z wysp renegocjacji umowy o wyjściu jego kraju z Unii Europejskiej. Johnson jest gotów na twardy Brexit, obecnie de facto zablokował parlament tłumacząc się koniecznością przyjęcia serii ustaw, choć ani politycy, ani eksperci nie mają złudzeń, że jest to cokolwiek innego niż wymuszenie twardego Brexitu pozaparlamentarnymi ruchami. Gdy parlament brytyjski zostanie odwieszony, Johnson może stanąć przed koniecznością uzyskania wotum zaufania, którego po swoich ostatnich ruchach i zapowiedziach że niezależnie jaki, ale Brexit nastąpi, wcale nie musi uzyskać. Jeśli jednak rozpisze nowe wybory, to i tak nie odbęda się przed datą graniczną, czyli 31.10.2019 r. Cała sytuacja budzi wiele wątpliwości legislacyjnych i wola parlamentarzystów z samej Partii Konserwatywnej, może jeszcze zmienić tor wydarzeń w każdym kierunku. Johnson wydaje się być zdeterminowany doprowadzić tę kwestię do finalizacji, ale wielką niewiadomą jest, czy wytrzyma rosnącą krytykę swoich metod. Przyszłość Brexitu jest więc niepewna, co od czasu referendum wydaje się być jedyną pewną rzeczą w tej sprawie. 

Podział w południowoamerykańskiej potędze

Kolejną kwestią, która spędza sen z oczu wielu ludzi na świecie, są pożary w Amazonii. Władze Brazylii, są oskarżane o sprzyjanie podpalaczom, którzy kiedyś byli za takie działanie karani. Dziś kary teoretycznie pozostają w mocy, ale kolejne doniesienia mówią, że nie są już egzekwowane. Prezydent Bolsonaro, jest skrajnym prawicowcem i często – tak jak w przypadku Johnsona – porównuje się go do Trumpa, choć z innych powodów. To zdecydowany konserwatysta, który ma na swoim koncie homofobiczne i rasistowskie wypowiedzi. Jedną z nich, było stwierdzenie że wolałby żeby jego syn umarł, niż miał się okazać homoseksualistą. 

Tu trzeba wyjaśnić dlaczego Brazylijczycy zwrócili się do takiej persony i powierzyli jej władzę. W ostatnich latach Krajem Kawy rządziła lewica, która zwiększała programy socjalne, co było możliwe w trakcie prosperity aż nie tylko do 2008 roku, gdyż w 2009 gospodarka silnie odbiła po pierwszym uderzeniu kryzysu, ale do 2014, kiedy wzrost PKB spadł do ok połowy procenta. Kolejne lata były tylko gorsze, a zwiększone wydatki socjalne ciążyły wczorajszemu tygrysowi rynków. Na domiar złego, Brazylią co rusz wstrząsały skandale korupcyjne, które pozbawiały kolejnych polityków lewicy stanowiska prezydenta, a ich najmocniejszego kandydata i byłego prezydenta Lulę, także możliwości startu. Popularny „Lula” (Luiz Inácio Lula da Silva) mimo tych problemów prowadził w sondażach, jednak po sądowym odebraniu mu możliwości startu i zastąpienia go w wyborach przez mało znanego Fernando Haddada, szanse lewicy mocno spadły. Na to nałożył się zamach na życie Bolsonaro, przez chorego psychicznie (co trzeba przyznać, jest dość oczywiste w większości podobnych przypadków) człowieka wiązanego ze skarjną lewicą, który wbił przyszłemu prezydentowi nóż w brzuch. Bolsonaro trafił do szpitala, a cała sytuacja skokowo wzmocniła jego pozycję, szczególnie z racji na dwa konteksty. Pierwszym jest bardzo wysoki poziom przestępczości w Brazylii, gdzie to zdarzenie uwypukliło u wielu ludzi poczucie strachu przed wyjściem na ulicę. Drugim, poparcie które ze strony brazylijskiej lewicy miał wenezuelski dyktator Nicolas Maduro, a także bliskie relacje ojczyzny Romario i Pelego z Chinami. Atak domniemanego medialnie komunisty na Bolsonaro, przypominał z kim przyjazne stosunki ma ta lewica, szczególnie w dobie wydarzeń w Wenezueli. Tym samym brazylijskie społeczeństwo stanęło przed szczególnie niełatwym wyborem, gdzie z góry wiedziało jak ciężkie zarzuty można wystosować wobec obu stron i skrajny tradycjonalizm kandydata prawicy, przestał wysuwać się na pierwszy plan.

Walka o ogień

Brazylia nie należy do G7, jednak z racji powagi sprawy, została ona podjęta przez głowy państw na szczycie. To nie podobało się w samej Brazylii, której władzy uznały to za rodzaj protekcjonizmu. Obecnie ich komunikaty złagodniały wobec większości polityków (głównie europejskich) z którymi polemizowały m.in. za pomocą twittera, ale pozostały napięte z Francją. Bolsonaro obraził żonę prezydenta Emmanuela Macrona wyszydzając jej wygląd w porównaniu do Melanii Trump, na co Macron odpowiedział:
„-Jako że mam wiele szacunku dla narodu brazylijskiego, mam nadzieję, że niedługo będzie on miał prezydenta, który nadaje się na to stanowisko”

Inni politycy brazylijscy nie pozostali dłużni. Pomijając nawet takie utarczki, trzeba zaznaczyć, że celami podobnie mało wybrednych ataków były wcześniej Niemcy i Norwegia. Sam problem jest jednak bardziej złożony, niż większość społeczeństw chciałaby to widzieć. 

Atak na Brazylię bierze się z niszczenia lasu, który należy jednak do nich, a nie do całego świata. Politycy brazylijscy często podnoszą kwestię rozwoju Europy i USA, które w czasach dochodzenia do bogactwa nie ograniczały się w niszczeniu starych lasów i środowiska naturalnego, a teraz mają moralizować Brazylię. O ile można tutaj pominąć cały wątek suwerenności na który się powołują, uznając za stricte populistyczne hasła mające przysporzyć poparcia w kraju, o tyle właśnie kwestia bogactwa nie jest tutaj jednoznaczna. Przeciwnicy wycinania Amazonii, powołują się między innymi na nakładanie w Europie ograniczeń w stosowaniu węgla. Różnica jest jednak znacząca, ponieważ europejskie kraje mają w ten sposób ograniczyć niszczenie przez siebie środowiska, a od Brazylii żąda się by ta dostarczała tlen, a nie zaprzestała trucia. Innymi słowy, świat żąda od Brazylii określonego towaru i zabrania jej zarabiać na tym co mogła by produkować w zamian za ten tlen, jednocześnie nijak nie płacąc za to czego tenże świat chce. Najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem byłoby tak naprawdę wykupienie tych kluczowych terenów przez np. ONZ, tak by Brazylia miała z tego jak najbardziej należny zysk, a świat większe bezpieczeństwo naturalne. To byłyby jednak niezwykle wysokie koszta, liczone w najprawdopodobniej nie dziesiątkach, a setkach miliardów dolarów, biorąc pod uwagę znajdujące się w Amazonii złoża jak i wielkość terenu. 

Ten pat, w którym z jednej strony zachodni politycy chcą chronić środowisko, a z drugiej nie chcą ponosić tego kosztów i zrzucać je na obywateli Brazylii, zostanie jednak zapewne zażegnany porażką Bolsonaro. Jednym z powodów dla których politycy brazylijscy uciekli się do osobistych ataków, jest możliwość przełożenia wejścia w życie porozumienia o wolnym handlu UE z grupą Mersocur (dziś: Brazylia, Argentyna, Paragwaj i Urugwaj). Miał to być sukces prawicowego ugrupowania i znaczące wzmocnienie brazylijskiej gospodarki. Teraz ten sukces zmienia się w porażkę, gdyż pokazuje stanowczość UE, a prezydenta Brazylii jako petenta. Kolejne działania władz Kraju Kawy wydają się jednak dążyć do pewnego konsensusu, szczególnie przy sprzeciwie społecznym wobec niszczenia Amazonii. Ostatnie sondaże dla Bolsonaro były niekorzystne i jeśli polityk uzna, że problem jest nie tylko zewnętrzny, ale także finansowy i polityczny wewnątrz kraju, to zapewne będzie dążył do wyjścia z niego obronną ręką kończąc spór. Przynajmniej dopóki uwagi światowych i krajowych mediów nie odwróci inna kwestia. 

Francja i USA pokazują inną twarz

Odmowa wznowienia negocjacji brexitowych, jak i spór o Amazonię, były głośnymi wydarzeniami, ale jednak spodziewanymi. Patrząc na Johnsona, Macrona, Bolsonaro, czy Merkel, można było się spodziewać ich danych stanowisk w tych sprawach. Miały one mnóstwo fajerwerków, ale dla obserwatorów sceny geopolitycznej nie były zaskoczeniem. To przyszło z innych stron. Choć wielu ekspertów próbuje dziś to relatywizować, czy nie przyznawać się do wcześniejczych ocen, to wypowiedź Trumpa o Iranie, jak i sposób przyjęcia przez Macrona Putina we Francji na kilka dni przed szczytem na który Rosja już nie jest zapraszana, a także przecieki z samego szczytu, są dziś podstawą do potencjalnych zmian na liniach Zachód-Rosja i USA-Iran. Trump stwierdził, iż zmiana reżimu w Iranie nie jest jego celem, a wręcz że chciałby się spotkać z prezydentem Iranu Hassanem Rouhanim. Tymczasem Macron mimo drobnych utarczek z Putinem, przypominał o dawnych pomysłach „Europy od Lizbony po Władywostok”. Oba oświadczenia mogą zmienić nadchodzący układ na globalnej szachownicy. 

Pierwsza kwestia wydaje się być o tyle zaskakująca, że wiadomym jest stanowisko otoczenia Trumpa wobec Iranu. Z drugiej strony, budowanie napięcia i następnie przejście do rozmów, Trump pokazywał już kilkukrotnie, czy to z KRLD, Meksykiem, czy Unią Europejską. Tutaj może być o to zdecydowanie trudniej, gdyż Iran żąda zniesienia sankcji jako warunku początkowego. To wydaje się być mało prawdopodobne, gdyż uderzałoby w retorykę Trumpa negowania wszelkich decyzji Obamy. Iran pokazuje jak bardzo nie rozumie polityki międzynarodowej i obecnej dyplomacji. W kilka tygodni, swoimi agresywnymi ruchami, wydają się tracić sprzyjającą sobie pokojową atmosferę w zachodnich mediach. Ataki na kolejne statki spowodują jedynie wzmożenie niechęci w krajach, które były jakoś powiązane z celami wojsk Iranu. Norwegia, Wielka Brytania, Japonia, Korea Południowa i rzecz jasna państwa arabskie zyskują kolejne powody by stanąć po stronie USA. Początkowo wręcz pojawiały się spiskowe teorie o tym, że samo USA może za tym stać, by dać sobie powód do ataku. Jednak część z nich potwierdził Teheran, a inne wspierani przez nich rebelianci Houthi w Jemenie, którzy kilka lat temu rozpoczęli wojnę w tym kraju przeciw miejscowym władzom. Samo to, że wykorzystuje się w tej potyczce organizację rebeliancką, tylko przypomina światu, że Iran wspiera grupy terrorystyczne (m.in. Hezbollah i Hamas). Iran nijak na tym nie zyskuje, gdyż mimo potencjalnych strat dla światowego rynku przy zamknięciu cieśniny Ormuz, USA są dziś eksporterem, a nie importerem ropy naftowej i gazu, co oznacza że nie uderzy to w ich głównego przeciwnika. W tym kontekście, słowa Trumpa mogą być nie tyle prawdziwym zaproszeniem do rozmów, co pokazaniem że on chce się dogadać, ale ajatollahowie są niereformowalni. Sytuacji Iranu nie poprawi też wyrok 24 lat więzienia za brak noszenia hidżabu w miejscu publicznym dla miejscowej opozycjonistki.

Inna sytuacja klaruje się natomiast w stosunkach Rosji ze światem Zachodnim. Prezydent Francji wysyła kolejne sygnały, które mają świadczyć o jego chęci stania się mediatorem między Putinem, a zachodnimi przywódcami. Ten minimalny reset jet głównie spowodowany wynikami wyborów w Ukrainie, gdyż jej nowy prezydent Włodymyr Zełeński będąc mniej doświadczonym graczem, może łatwiej ulegać rosyjskim zagrywkom. Kolejne nieprawdy, które płyną z Kremla początkowo mogą być odbierane za dobrą monetę i dopiero po osobistych zawodach na Putinie, Zełeński może utwardzić stanowisko. Jego podejście zachęciło Macrona do zapoczątkowania odwilży, która miała wyrażać się m.in. brakiem sprzeciwu wobec zaproszenia Putina na kolejny szczyt G7. Wobec takiego zaproszenia, silnie sprzeciwiły się natomiast Niemcy, Kanada i Wielka Brytania. Donald Trump zapowiedział jednak iż będzie chciał w przyszłym roku spotkać się z prezydentem Rosji w Miami, gdzie będzie odbywał się szczyt. Inną możliwością bardziej koncyliacyjnych stanowisk, może być bardzo silne osłabienie się Putina w Rosji. Spory między urzędami, komunikaty o podupadaniu rosyjskich finansów będące już coraz głośniej publikowane przez nie same, głośny problem z wybuchem rakiety mogący wywołać skażenie radioaktywne, które Rosja (ponownie) ukrywała, czy będący w tle tego wszystkiego potężny wybuch amunicji wraz z protestami w Moskwie wstrząsają posadami rosyjskiej władzy. Zachód mógł uznać, że Putin jest już tak słaby, że pora wystosować wobec niego propozycję. Jeśli to jest powodem ostatnich ruchów, to można takie podejście nazwać nie tylko optymistycznym, ale wręcz hurraoptymistycznym. Choć słowo „naiwny” jakoś samo przychodzi na myśl. 

Salon materacy Włocławek