REKLAMA

Autor: Michał Waliszewski

Podstawową kwestią, którą trzeba rozsądzić po raz pierwszy, nie jest sam poziom funduszy. Tym razem, interes polityczny dwóch partii decydujących o losach ich krajów, stał się dla nich ważniejszy, niż ilość pieniędzy którą te państwa mogłyby otrzymać. Mowa oczywiście o PiS w Polsce i Fideszu na Węgrzech.

PiS, a sprawa polska

Tym co dziś najbardziej rozgrzewało media społecznościowe jest podejście instytucji UE do krajów, które w opinii tych instytucji łamią art. 2 Traktatu Lizbońskiego dotyczący praworządności.

Politycy PiS od rana piszą, że ugrali sukces i nie będzie arbitralnego mechanizmu uzależniającego wypłatę dopłat od oceny tej kwestii. Jest to połowicznie prawdziwe, ale realnie tylko i wyłącznie mylące.

Sytuacja jest następująca:

Początkowa propozycja Komisji Europejskiej (KE) zawierała mechanizm, wg którego KE mogłaby blokować wydawanie środków unijnych, krajom, które w jej ocenie łamią prawo unijne. Tu właśnie wchodzi w grę ta „arbitralność” i tylko jeśli tak to rozumieć, to PiS jakkolwiek stara się być zgodny z faktami.

Aby taką decyzję odrzucić, Rada Unii Europejskiej miałaby zebrać tzw. „większość kwalifikowaną”, złożoną z przynajmniej 15 krajów, mających 65% ludności całej UE.

Istnieje też mechanizm „mniejszości blokującej” taką większość. Taka mniejszość wynosi nie mniej niż 4 kraje, ale które mają przynajmniej 35% populacji Unii. Obecnie to ok 156-157 mln ludzi.

Podczas szczytu, zmieniono ten punkt i go odwrócono tak, by teraz to KE musiała otrzymać poparcie większości kwalifikowanej. Oznacza to, że wstępnie gdyby KE nałożyła kary na Polskę, to ta musiałaby zebrać ogromną większość by to odrzucić. PiS ugrał sobie, że teraz musi zdobyć tylko tę mniejszość, czyli 35% populacji w przynajmniej 4 krajach.

I tu wchodzimy w punkt sporny, ponieważ premier Mateusz Morawiecki twierdzi, że zmiany poszły jeszcze dalej i że to, czy w ogóle KE będzie mogła cokolwiek podobnego zgłaszać, będzie ustalone przez Radę Europejską (a nie Radę Unii Europejskiej).

RE i RUE to ciała bardzo podobne, ponieważ w tej pierwszej zasiadają premierzy, prezydenci i kanclerze (zależnie od przepisów danego kraju, u nas to jest premier), a w tej drugiej ministrowie spraw zagranicznych.

Spór polega na tym, że ten zapis już istnieje, a RE ma „szybko powrócić do tej kwestii” i PiS to rozumie tak, że wszystko co do tego punktu jest w nim zapisane będzie podlegać zatwierdzeniu. Kolejne pojawiające się opinie, jak i czytanie tego punktu wprost, mówi przeciwnie: że jedynie zmiany w nim muszą być oddzielnie zatwierdzane.

To by oznaczało, że KE jak najbardziej może zablokować Polsce lub Węgrom dotacje, jeśli te kraje nie znajdą odpowiedniej koalicji blokującej. Dziś sojusz Polski, Węgier, Czech, Słowacji, a potencjalnie także Słowenii, Rumunii, Bułgarii i Łotwy, nie jest nawet bliski do stworzenia takiej blokady. Kluczową byłaby rola Włoch, jeśli miejscowa skrajna prawica wygrałaby wybory. Wtedy – zakładając że żadne z tych krajów by się nie wyłamało – byłaby choćby szansa zbudowania odpowiedniej koalicji, jednak nawet koalicja wszystkich powyższych nie byłaby wystarczająca do odrzucenia wniosku Komisji Europejskiej.

Na ten moment sprawa pozostaje niewyjaśniona. Więcej opinii poznamy po czwartkowym specjalnym posiedzeniu Parlamentu Europejskiego, który ma prawo weta wobec zaistniałego kompromisu.

Zwycięzca Rutte

To, czy PiS będzie miał wolną rękę w sprawie „interpretacji” przepisów unijnych, pozostaje do wyjaśnienia. To co jest oczywiste, to wielkie zwycięstwo Marka Ruttego, który stał na czele tzw. „państw oszczędnych”. Rutte chciał dwóch rzeczy: możliwości kontroli wydatkowania pieniędzy z budżetu i pakietu pomocowego dotyczącego COVID-19 i przesunięcia części środków z bezzwrotnych grantów na stronę pożyczek. W praktyce podział miał wynosić 500 mld euro grantów +250 mld euro pożyczyek. Rutte’mu udało się przesunąć aż 110 mld i teraz ten podział wygląda: 390 mld euro dotacji – 360 mld euro pożyczek.

Co więcej, jeśli jakiś kraj będzie oponował wobec sposobu wydatkowania tych pieniędzy (wg obecnie górujących opinii także tych dotyczących budżetu UE), to może zgłosić sprawę szefowi RE, który rozpocznie odpowiednie procedury, do końca których te środki nie będą mogły być użytkowane. To oznacza, że jeśli jakiś kraj, nie chciałby uznawać, że UE musi iść w kierunku czystej energii i Zielonego Ładu, to wtedy te środki mogą być im zawieszone zależnie od decyzji szefa RE, a następnie całej RE całkowicie odebrane.

W skład grupy tzw. „krajów oszczędnych”, wchodzą: Holandia, Szwecja, Austria, Dania i Finlandia. Jeśli któryś z tych krajów będzie miał wątpliwości co do wydatkowania funduszy unijnych, to będzie można na ich wniosek, odebrać danemu krajowi te środki.

Co PiS oddał za możliwość łamania prawa?

PiS twierdzi, że prawa nie łamie, jednocześnie walcząc z możliwością odbierania środków UE krajom, które praworządność łamią. Jest to ciekawa figura, ale dla każdego powinno być jasne, że PiS nie otrzymał osłabienia tego mechanizmu za nic.

Na ten moment, politycy partii rządzącej chwalą się osiągnięciami szczytu, ale już dziś wiadomo, że początkowa propozycja była dla Polski bardziej korzystna i to ją obalił premier Holandii Mark Rutte wraz ze swoimi sojusznikami. Porozumienie było możliwe, ponieważ Polska zgodziła się na odebranie jej części funduszy i to za to PiS otrzymał ułatwienia w innych sferach (praworządność). Polity PiS chwalą się, że otrzymali więcej środków, niż wcześniej wywalczyła PO na lata 2014-2020. Tyle tylko, że:

Polska wtedy partycypowała w budżecie na kwotę 959 miliardów euro. Teraz sam budżet, bez pakietu antycovidowego, wynosi ponad bilion euro. Pakiet natomiast, to kolejne 750 mld euro. Wtedy to było – jak podaje sama Kancelaria Premiera – 116,8 mld euro dla Polski, a teraz 124,9 mld euro. Wtedy to tym samym było blisko 12% całego budżetu, a teraz to jest 124,9 mld z 1,45 biliona euro (kolejne 350 miliardów dla całej UE to pożyczki) czyli ok 8,6%.

Jest to znacząca porażka, którą opłacono możliwość (a nie pewność) ominięcia samego mechanizmu praworządności, nie mówiąc o innych obostrzeniach w tym dokumencie.

Na ten moment, co do kwestii szczegółowych, zdołaliśmy ustalić, że w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, Polska otrzyma 28,5 mld euro, czyli o ponad 3,5 mld euro mniej niż w poprzednim budżecie i 100 mln euro mniej niż w budżecie negocjowanym jeszcze przez premiera Marcinkiewicza blisko 15 lat temu.

Innym, jeszcze większym punktem, jest Polityka Spójności. W jej ramach w poprzednim budżecie Polska otrzymała 77,6 mld euro i kolejne 4,1 mld euro na projekty infrastrukturalne o znaczeniu europejskim, a teraz jest to jedynie 66,8 mld euro, co jest spadkiem o od 11 do 15 mld euro.