REKLAMA

Autor: Rafał Walter

Nauczyciele udają, że nauczają, dzieci udają, że się uczą, a Ministerstwo Edukacji Narodowej udaje, że nie widzi problemu. Mamy w obecnej chwili do czynienia ze szkolnictwem pełnym absurdów. Można winić za ten stan rzeczy pandemię koronawirusa, bo to ona przyczyniła się do sytuacji, w której na siłę chce się wprowadzić naukę zdalną, do której w mojej opinii nasz kraj nie jest zupełnie przygotowany.

Nie jesteśmy Finlandią

Kilka lat temu w Finlandii zreformowano system edukacji, a dzieci zaczęły uczyć się przy użyciu technologii. Mam tu na myśli komputery i tablety. Nie oznaczało to jednak, że dzieci całkowicie przestały uczyć się pisać ręcznie czy nie odrabiały lekcji w zeszytach. Wręcz przeciwnie. Zrezygnowano jedynie z piśmienniczych ozdobników. Od pierwszej klasy fińskie pociechy odrabiają lekcje za pomocą portali edukacyjnej, a w wielu szkołach mają zapewniony dostęp do tabletów, które umożliwiają przeprowadzenie niektórych zajęć. Dygresja o szkolnictwie fińskim jest tylko punktem wyjścia dla wywodu i dyskusji, która toczy się obecnie w wielu domach i jest poruszana na wielu portalach tematycznych czy opiniotwórczych. 

Swoją edukację ukończyłem stosunkowo niedawno, do liceum nie chodzę jednak 8 lat, lecz śmiem wątpić, żeby przez ten czas bardzo dużo zmieniło się w obrębie wykorzystywania technologii w szkołach. Szczerze wątpię, że w każdej szkole przy grupie 20-25 osób każdy ma zapewnione samodzielne stanowisko komputerowe, o tabletach nawet nie wspominam. 

Ministerstwo Edukacji narzucając obowiązek zdalnej nauki zakłada, że większość z dzieci ma dostęp do technologii i przede wszystkim do internetu (o sic!), a jeżeli nie to dyrektor szkoły ma obowiązek o to się zatroszczyć. Nie wiem jak MEN wyobrażało sobie rolę dyrektorów w tej kwestii. Może coś w stylu: kto nie ma laptopa, kto nie ma telefonu niech zgłosi się do do osoby kierującej placówką szkolną, a ta kupi z własnej pensji potrzebny sprzęt. Kto go dostarczy? Hmm..kurierzy, może odbierze mama wracając z pracy, bo jest jedną z wielu osób, które muszą pracować i to nie zdalnie. Od pewnego czasu wprowadzane są dzienniki elektroniczne we wszystkich szkołach (głównie w podstawówkach, bo w szkołach średnich już funkcjonowały dawno temu), ale mniej więcej do połowy lutego służyły uczniom jedynie do sprawdzania ocen. Teraz szkolnictwo opiera się głównie na dziennikach, czego nie wytrzymują serwery, bowiem nie były przygotowane do takiego przeciążenia. A my nie byliśmy przygotowani do przeciążenia naszej głowy problemami.

Koło edukacji toczy się dalej    

Edukacja to system naczyń połączonych. Ministerstwo wymaga od kuratorów i dyrektorów. Dyrektorzy wymagają od nauczycieli, a nauczyciele od dzieci. Także dzieci wymagają – wymagają czasu i pomocy od swoich rodziców, a jeżeli Ci nie dają rady, wymagają tego samego od korepetytorów. I tu dochodzimy do ściany. Nauczyciele muszą się wyrobić z materiałem narzuconym przez kuratorium i szukają wszelkich sposobów, by dotrzeć do ucznia. Do „łaski” wrócił nieco zapomniany Skype, w użytkowaniu są wszelkie komunikatory jak Discord, Messenger, do objaśniania matematycznych zawiłości służy np. YouTube, a i tak podstawowym narzędziem jest wcześniej wymieniony dziennik elektroniczny.  To parcie do przodu z materiałem udziela się większości nauczycielom aż za bardzo. Nauczyciele nie biorą pod uwagi faktu, że uczeń wcześniej nabierał większości wiedzy ze szkoły i nabierał jej z kilku przedmiotów w ciągu dnia. Potem miał czas na chwilowy odpoczynek i odrobienie zadań domowych. Mam znajomych, którzy mają dzieci, a także młodzież w wieku szkolnym w rodzinie i zastrasza mnie ilość pracy, którą musi włożyć dziecko w to, by sprostać wymaganiom na kolejny dzień. Odhaczanie obecności poprzez odczytywanie wiadomości od nauczycieli, oglądanie materiałów edukacyjnych przez kilka godzin, a następnie odrabianie pracy domowej, której jest od kilku do kilkunastu zadań.

Przyciąganie, a nie odciąganie 

Do tej pory wszyscy społeczni psychologowie apelowali, by dzieci jak najmniej czasu spędzały przy komputerach. Teraz jakby o tym zapomniano. Technologia stała się złem koniecznym, złem, które jest niezbędne w edukacji, bo w obecnej chwili bez niej ani rusz.  Mam wrażenie, że Ministerstwo poprzez nauczycieli zrobiło teraz wszystko, co w ich mocy, by zapewnić dzieciom tyle obowiązków, by zapełnić im nudę. Angażując przy tym niejako także rodziców, którzy tracą sporo cierpliwości, często mając funkcjonowanie domu na głowie, a także pracą zdalną, bo szef również wymaga, A za coś żyć trzeba. Można również powiedzieć, że nic się nie zmieniło, bo dzieci i tak siedziały przed komputerem czy z telefonem w ręku, a teraz przynajmniej spędzają czas znacznie bardziej pożytecznie. Coś w tym jest, ale czy tędy droga?

Uczciwość czy oceny?

W pierwszym zdaniu tego artykułu zawarłem odważną tezę, której się trzymam, bo nie do pomyślenia jest dla mnie sytuacja, w której dziecko jest oceniane za pracę w domu. Oczywiście, zadania domowe zawsze były częścią składową oceny końcowej, lecz nie były głównym wyznacznikiem tejże oceny. Nasz system edukacji kładzie nacisk na ocenianie i na efekt końcowy w postaci zdanych egzaminów. Wszystko jest podporządkowane właśnie temu. Absurdalne jest dla mnie rozwiązanie, w którym młodzież ma pisać egzamin próbny ośmioklasisty oraz maturalny przez internet. Jeszcze bardziej absurdalne byłoby dla mnie, gdyby właściwe egzaminy odbyły się w takiej samej formie. Wiele osób jest po prostu nastawione na promocję do kolejnej klasy i na wynik w postaci dobrze znanych egzaminów. Trudno się nie oprzeć wątpliwościom, że uczniowi ktoś będzie pomagał tak samo w pracy domowej, jak i w sprawdzianach. Na tym wszystkim ucierpią dzieci, które rzeczywiście samodzielnie rozwiążą wszystkie zadania. To brzmi jak program wyrównywania szans.  

Nie ma systemu idealnego

Szkolnictwo przeżywa kryzys i współczuję w tej chwili i nauczycielom, i dzieciom. Często pojawiają się zarzuty, że nauczyciel zada pracę domową i ma z głowy. To nie jest prawdą. Musi pozostać do dyspozycji ucznia przez cały dzień lub przez wcześniej wyznaczone godziny, bo takie ma zalecenie z ministerstwa. Musi przygotować materiały na kolejny dzień i też ma swoje obowiązki jak każdy inny człowiek. Trudno jest mi zrozumieć fakt, czemu system edukacji nie może być nieco bardziej elastyczny w swojej formie. Czemu sztywno staramy się ram i dat egzaminów, jeżeli nie wiemy do kiedy potrwa pandemia? Może warto pomyśleć nad alternatywą, porozmawiać i wziąć pod uwagę zdanie dyrekcji szkół średnich, a także rektorów uczelni, by wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem.  Świat sportu zamarł, przesunięto najważniejszą imprezę czterolecia, czyli igrzyska na przyszły rok, co będzie kosztowało miliardy dolarów, a także sporo nerwów sportowców i działaczy. Bo każdy zdaje sobie sprawę, że zdrowie w tej chwili jest najważniejsze. Psychiczne także.