REKLAMA

Autor: Maciej Grudziński

Kiedy Barack Obama zostawał Laureatem Pokojowej Nagrody Noble wszyscy łapali się za głowy zastanawiając się czemu i za co? Przecież dopiero co wygrał wybory i stał się Prezydentem USA. Kiedy sportowiec zdobędzie nominację olimpijską odbiera zewsząd gratulacje (choć nie wiem czy w naszym akurat kraju), bo samo wspięcie się na dach sportowego świata już samo w sobie jest niebotycznym osiągnięciem, a wiadomo, że złoty krążek jest tylko jeden. Sama nominacja, samo dojście do szczytu, samo bycie wyróżnionym w wielu wypadkach daje satysfakcję i powód do dumy. Oczywiście tutaj zaczyna się najcięższa praca, bo trzeba wszystkich zadowolić, samemu nie wypaść żle w ich oczach i starać się wygrać swoją kategorię.
Filmowy świat obiegłą ostatnio informacja, że najnowsze dzieło Małgorzaty Szumowskaiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie” zostało oficjalnie polskim kandydatem do Oscara 2021 w kategorii Najlepszy Film Międzynarodowy. Nie byłoby w tym nic dzwnego, gdyby nie fakt, że filmu nikt jeszcze nie widział, nie miał jeszcze premiery, sami producenci są zaskoczeni i dopiero ruszą z całym marketingowym tyglem, żeby obraz promować w USA i pod kątem oscarowym będą musieli teraz film prezentować na zgłoszonych festiwalach. Premiera ma się odbyć zgodnie z zapowiedzią twórców na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie przypomnijmy świetnie prezentował się ostatnio poprzedni znany polski obraz czyli „Boże Ciało” Jana Komasy, który doczekał się oscarowej nominacji. Jeśli Wenecja jest dla polskiego kina szczęśliwa, to oby była i szczęśliwa dla samej Szumowskiej i Englerta.
Tak jak Obama został Noblistą de facto za swoje dokonania społeczne w trakcie kampanii, a nie z góry za to co miał osiągnąć jako Prezydent USA; tak jak Olimpijczyk jest już mistrzem stając na płycie stadionu olimpijskiego i sam start jest sukcesem; tak i teraz Szumowska i Englert zostali wyróżnieni w nagrodę za ich dotychczsowe osiągnięcia. Tak właśnie się stało. Szumowska będąc zdolną reżyserką i scenarzystką oraz Englert jako jej operator mają na koncie kilka wspólnych filmów. Szumowska zaczęła nietypowo, bo w 2009 roku wyprodukowała „Antychrysta” Larsa von Triera, co już świadczy o jej smaku. W 2011 pojechała do Berlina ze „Sponsoringiem” i zebrała świetne recenzje, choć film nie zdobył nagród, a największą wygraną poza Juliete Binoche okazała się Joanna Kulig, która zaczęła być rozpoznawalna na świecie, a karierę zrobiła u boku Pawlikowskiego dzięki „Idzie” i „Zimnej wojnie”. Sukcesem i zaskoczeniem okazał się film „W imię…” z Anddrzejem Chyrą w roli księdza homoseksualisty, który to film przyniósł nagrody w Berlinie, Gdyni i Camerimage. Duet Szumowska/Englert szedł za ciosem i ich kolejne dzieło z 2013 roku „Body/Ciało” z Januszem Gajosem i Mają Ostaszewską przyniosło nagrodę za reżyserię w Berlinie, a film spotkał się z niesamowitymi recenzjami. I wcale nie będę żartował jeśli dodam, że kolejny film tego duetu czyli „Twarz” również odniósł sukces w Berlinie w 2018 roku. Być może Szumowska i Englert znależli klucz do niemieckiej widowni, choć Jury jest zawsze międzynarodowe, a film ten dostał właśnie Nagrodę Grand Prix Jury. A może przyznać trzeba po prostu, że w cieniu oscarowych sukcesów Pawlikowskiego to właśnie Szumowska spijała śmietankę w Europie budując swoją markę.
Dodatkowego smaku całej historii dodaje jeszcze jeden szczegół – główną rolę w „Śniegu już nigdy nie będzie” zagrał Alec Utgoff znany z najpopularniejszego ostatnio na świecie serialu Netflix’a czyli „Stranger Things”. Dla samego Utgoffa, który ma brytyjsko-ukraińskie korzenie, jest to pierwsza wielka rola w karierze. Być może i tym razem Szumowskiej i Englertowi udało się znależć klucz do serc jury i publiczności angażując gwiazdę już światowego, choć serialowego, formatu. Na pewno kiedy doczekamy się kolejnego sezonu serialu, to popularność filmu wzrośnie. Na pewno przed producentami sporo pracy, żeby zrobić to wszystko co potrzebne jest, aby jakikolwiek film przebił się do świadomości amerykańskiej publiczności. Na pewno dobrze się stało, że Oscaryu są w fazie popularności kina zagranicznego anie ściśle amerykańskiego. Jedno jest pewne – pochód polskiego kina w tym dziesięcioleciu się nie skończył i aż ciarki przechodzą na myśl o tym co nas czeka w roku 2021. Oby tylko pandemia nie przeszkodziła tym planom.