REKLAMA

Autor: Maciej Grudziński

Są takie drzewa, które rosną wśród innych, a tak naprawdę od dłuższego czasu są już martwe. Widać to dopiero wiosną, kiedy jako jedyne nie wydają liści.

Nie wyrastają na dziesiątki metrów jak sekwoje i nie dożywają setek lat jak dęby. Ich istnienie i wzrost są burzliwe, piękne i bujne. Jak na czarno-białej fotografi zostają po nich tylko sterczące gałęzie, pożywka dla jemioły, grzybów i pasożytów. Ostatecznie mogą jeszcze posłużyć jako materiał do prac stolarskich, rzeżbiasrkich lub zwyczajnie jako opał. Podobno nic tak nie uspokaja mężczyzn jak zapach drewna, bo jest pierwotny i naturalny. Trafiłem niedawno w okolicy na dąb szypułkowy, który ma 250 lat. 250 lat…

Nasionko wykiełkowało kiedy Stany Zjednoczone były jeszcze brytyjską kolonią, a do ostatniego Królestwa Polskiego za czasów Poniatowskiego należały jeszcze wszystkie ziemie, nie rozebrane. Kiedy dąb, nazwijmy go Dąb… miał 19 lat, to mógł czytać w gazetach o wybuchy Rewolucji we Francji, a dwa lata póżniej widział jak tłum niesie Poniatowskiego na mszę w intencji nowej Konstytucji 3 maja. Dwudziestoletnie drzewo jest już solidne i nie łatwo je złamać, jest silne i sprężyste. Jako dorosły dojrzały Dąb widział przemarsz Napoleona przez kujawskie ziemie i kolejny raz zastanawiał się.. co ten francuski naród jeszcze światu przyniesie?! 60 lat to już sporo, ale nie dla Dębu. Musiał pogodzić się z tym, że czas wokół niego gwałtownie przyspiesza, a raczej degeneracja jego świata przyspiesza, a on sam pozostaje właściwie bez zmian – rozrasta się i zapuszcza coraz głębiej niezauważalnie korzenie. Pewnie kolejne trzydzieści lat wydawało mu się smutne i mroczne, a czas pędził i pędził. Ludzie odchodzili i stawali się smutni, smutno opowiadali siedząc w jego cieniu w upalne dni, smutno zbierali żołędzie na ludziki z kasztanów i żołędziaków. Smutno płakali, ocierając łzy wdowim płaszczem styczniowym. Kiedy Dąb obchodził setne urodziny, to nie było przy nim nikogo, ludzie woleli byc w mieście, w fabrykach, przy maszynach. Wielu jego przyjaciół wycięto i spalono w hutniczych przemysłowych piecach, wielu stało się pierwszymi poważnymi ofiarami zbrodni człowieka na przyrodzie.

Gdy miał 150 lat (a w tym wieku w gałęziach już poważnie zaczyna strzykać i kora może odpadać pod byle pretekstem), nie rozumiał entuzjazmu Polaków z odzyskanej wolności w 1918r. Fakt, że cieszył się, że skończyła się I wojna światowa, bo tych koni ginących na frontach nie mógł już przeboleć, ale rozbiory? Piłsudski? Wolność? To chyba jakieś awantury ludzi tylko, bo przyrody to nie obchodziło. Co jakiś czas słyszał o nowych wodzach – w Niemczech i we Włoszech też. Zaczął się martwić dopiero, kiedy ten z Warszawy, który lubił konie, zmarł, a ten młodszy z Berlina przestał się kryć ze swoją nienawiścią do pewnych grup ludzi. Kiedy ten młody wódz, nielubiący koni i przyrody, rozpętał wojnę, Dąb miał już 170 lat i zaczął patrzeć na świat oczami dojrzałego drzewa. Dorosłość i dojrzałość zaczyna się wtedy, kiedy poziom bólu i cirpienia widzianego wokół jest tak duży, że następuje uodpornienie na zło. Dąb cieszył się kiedy ludzie po wielu latach zaczęli odbudowę miast, a na wsiach i w lasach nie wybuchały już bomby, tylko sadzono rośliny, dbano o uprawy, zapanowała kolorowa radość, nieważne, że tylko czerwona, złota i biała, ale jednak radość i nadzieja.

Konie już nie pwróciły na dziedzińce, ale w lasach ocalało wiele dębów takich jak On. Zaczęło go martwić tylko to, że wokół miast wycina się tak wiele drzew, żeby zrobić miejsce nowych ludziom. Ale zaakceptował to, trudno. Człowiek musi żyć i się rozwijać, a nowi młodzi ludzie muszą gdzieś mieszkać, potrzebują nowych domów, przestrzeni. Dąb wierzył w to, że te wielkie budynki z ogromnych płyt, które mają niczym statki wyrastały w lasach wokół miast będę dobrymi domami dla ludzi, a może to i dobrze, że buduje się jeden wielki dom niż sto małych. Zawsze to o wiele mniej wyciętych drzew. Martwił się jednak tym, że w tych samych miastach przybywa wysokich kominów, które wypuszczają non stop kłeby gęstego dymu. Widział jak umierają jego leśni przyjaciele, drzewa i zwierzęta. Wiedział, że ten sam los spotka słabych i delikatnych ludzi, ale nie umiał ich ostrzec. Wrósł już za bardzo i za głęboko, nie mógł się ruszać, mówić, mógł tylko czuć i co jakiś czas ruszać gałęziami. Mógł jedynie na siebie przyjąć wszystkie toksyny i zamienić zło na dobro – zanieczyszczenia na tlen. Tlen dla ludzi.

Kiedy Dąb miał 200 lat zrozumiał, że świat stał się zbyt głośny i brudny, samochodow jest za dużo, a niepotrzebne dymy z rur i kominów zabijają nie tylko młode drzewa, ale też i młodych ludzi. Uświadomił sobie, że nie powstrzyma tej nowej, powolnej, pełzającej, niewidocznej dla nikogo oprócz niego wojny. Ludzie żyją zbyt krótko, żeby dostrzec zmianę na gorsze, żeby spojrzeć z odpowiedniej perspektywy na swoje działania. Kiedy zaczęło brakować zwierząt, które zwykle chroniły się w jego cieniu, a w lasach zaczął widzieć coraz więcej martwych drzew, to wysnuł wniosek, że to te najmniej odporne na chemię i zanieczyszczenia drzewa usychają. Zatrute staje się powietrze, gleba i wody, a najsłabsze osobniki nie dają rady. Widział to już wcześniej u ludzi, którzy żegnali się z bladymi dziećmi w chustach na głowach. Jego przyjaciele bez liści też bledli i usychali, chyba tylko po to, żeby inni mogli żyć. Myślał, że to pomaga innym przetrwać.

Dąb zdziwił się kiedy wokół niego zaczęli coraz częściej krążyć różni ludzie. Najpierw robili zdjęcia i dyskutowali, a potem podparli jego zmęczone ramiona stalowymi drągami, otoczyli go płotem, co jakiś czas o niego dbali. Nadali mu imię, opisali jego historię na tablicy, którą mogli teraz czytać inni ludzie. Dąb pomyślał, że chyba jednak są jeszcze na tym świecie mądrzy ludzie kochający przyrodę. Był szczęśliwszy.