REKLAMA

Jak mówi pewne przysłowie zwycięzców się nie ocenia. Tym razem jednak od tej reguły należy zrobić wyjątek. Wygrana nad rezerwowym składem Bośni i Hercegowiny nie może polskim kibicom zamydlić oczu i pokazać, że wszystko jest dobrze. Wręcz odwrotnie. Jest coraz gorzej.

Całe zło świata to pandemia

Oczywiście, można wskazywać jako główną przyczynę słabej dyspozycji polskiej reprezentacji pandemię i brak jakichkolwiek zgrupowań przez 9 miesięcy. Jednak w takiej sytuacji były wszystkie drużyny narodowe na świecie. W zagranicznej prasie nie czytamy o tym, że przyczyną remisu Niemiec z Hiszpanią czy Włoch z Bośnią i Hercegowiną był koronawirus. To dobrze znane, ale wyłącznie polskie wymówki. Po co? By dać sobie czas i odrzucić krytykę. Brak Lewandowskiego? No cóż. Kapitan reprezentacji Polski jest piłkarzem wybitnym, ale Jerzy Brzęczek musi znaleźć alternatywę i możliwość radzenia sobie bez niego. Czy wrześniowe mecze dały taką odpowiedź? Spuśćmy na to pytanie zasłonę milczenia.

Złe wybory selekcjonera

Wszyscy znawcy futbolu wiedzieli, że biało – czerwoni w meczu z Holandią wybiorą taktykę defensywną i bazować będą na tak lubianych przez siebie kontrach. Połączenie szybkości z zabezpieczeniem gry defensywnej na skrzydłach mieli dać Kamil Jóźwiak oraz Sebastian Szymański. Głównie przez to na ławce rezerwowej zasiadł Kamil Grosicki. Egzamin dojrzałości zdał jedynie gracz Lecha. Szymański był całkowicie niewidoczny, a atuty, które pokazuje w Dynamie Moskwa najprawdopodobniej zostały schowane do szafy. Wracając jednak do kontr. Jerzy Brzęczek zdecydował się w starciu z Holandią w środku pola na trio: Grzegorz Krychowiak – Mateusz Klich – Piotr Zieliński. Z całym szacunkiem dla tych dwóch ostatnich, ale akurat w elemencie przejęcia piłki są co najwyżej przeciętni. O paradoksie, akurat zawodnik Leeds United przeprowadził najlepszą akcję w naszym wykonaniu w całym meczu. Niemniej lepszym wyborem byłby Jacek Góralski. Zawodnik Kajratu Ałmaty gra agresywnie, stara się być wciąż przy przeciwniku i nie odstawia nogi. Przez to gra zero – jedynkowo: fauluje lub odzyskuje piłkę. Jeśli Brzęczek chciał grać z kontry to zdecydowanie mógł postawić na Góralskiego, który ciężko pracuje w defensywie, a dodatkowo daje w każdym spotkaniu przynajmniej kilka przechwytów. Ponadto w meczu z Bośnią było widać, że znacząco poprawił grę do przodu oraz prostopadłe podania, co było jego bolączką. W spotkaniu z Bośnią, w której nie zagrali Edin Dżeko, Miralem Pjanić czy Sead Kolasinac spodziewałem się próby konstrukcji ataków pozycyjnych i płynnego przechodzenia piłki przez formację. I tutaj doskonale sprawdziłby się Klich.

Największy żal do selekcjonera powinien mieć Bartosz Bereszyński. Widać, że Jerzy Brzęczek stawia na Tomasza Kędziorę na pozycji prawego obrońcy, który trzeba przyznać spisuje się tam bardzo dobrze. Cierpi na tym gracz Sampdorii, który z konieczności zostaje przestawiony na lewą stronę defensywy. O ile w grze obronnej Bereszyński wygląda solidnie to w ofensywie traci wszelkie atuty. Maciej Rybus w spotkaniu z Bośnią pokazał, co znaczy lewa noga na tej pozycji i dlaczego to on powinien wystąpić w pojedynku z Holandią od pierwszej minuty. Wybiegany, szybki i zwrotny. Na błyskotliwych graczy Holandii, którzy grają kombinacyjną piłkę, byłby jak znalazł.

Gdzie Ci napastnicy?

Według medialnych doniesień o snajperów naszej reprezentacji biją się czołowe kluby na świecie. Jeżeli mecze kadry potraktować jako okno wystawowe to Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik powinni zostać zdjęci z tej najwyższej piłki. Wiadomo, napastnicy żyją z podań, a tych było jak na lekarstwo. Niemniej elementy przetrzymania piłki czy wyjścia na pozycję są elementarne. Ich jednak też brakowało. Nikt o występach polskich snajperów pamiętać nie będzie, a wszyscy jeszcze bardziej zaczną tęsknić za Lewandowskim, wypatrując go w roli zbawiciela polskiej kadry. Jeżeli Brzęczek chciał uzyskać odpowiedź kto jest numerem dwa w jego reprezentacji to po wrześniowych spotkaniach ma jeszcze większy ból głowy niż przed nimi.

Problemem rynek transferowy

Nie da się odnieść wrażenia, że część polskiej reprezentacji potraktowała to okienko reprezentacyjne jako chęć pokazania się. Jednym to zaszkodziło, drugim pomogło. Wygranym może czuć się Kamil Jóźwiak. Zawodnik Lecha grał pewnie i pokazywał wszystkie swoje atuty, którymi zachwyca w „Kolejorzu”. Niemniej w kilku sytuacjach mógł zdecydować się na zupełnie inne warianty rozegrania akcji. Tymczasem nie szukał kolegów, nie unosił głowy do góry w poszukiwaniu partnerów, ale miał jedynie w głowie drybling lub oddanie strzału. Jeśli są wygrani to muszą być też i przegrani. Tym w mojej opinii okazał się Arkadiusz Milik. Saga transferowa gracza Napoli trwa w najlepsze, co szkodzi piłkarzowi Napoli (jeszcze). Jego obecność na boisku dało się zobaczyć dopiero w końcówce spotkania z Bośnią, kiedy zrobiło się więcej miejsca na boisku.

Słabsza atmosfera niż dotychczas

Poniedziałkowy pojedynek Ligi Narodów pokazał sporą nerwowość i frustrację w polskim zespole. Częste pretensje do swoich kolegów miał Grzegorz Krychowiak, który pod nieobecność Roberta Lewandowskiego „wszedł w buty” lidera naszej kadry. Pierwsze 35 minut w meczu z Bośnią to ciągłe narzekanie naszych graczy na siebie za złe rozwiązania w wielu sytuacjach, a także brak jakiegokolwiek pomysłu na grę. Pozytywny impuls dał dopiero strzelonym golem Kamil Glik i od tego momentu gra naszej reprezentacji układała się nieco lepiej.

Bilans polskiej reprezentacji to porażka i zwycięstwo, co można było zakładać przed wrześniowym okienkiem na mecze kadry. Można powiedzieć, ze tragedii nie ma, bo plan został niejako zrealizowany. Jednak styl, a w zasadzie jego brak (nie oszukujmy się) pozostawił wiele do życzenia.