REKLAMA

Kampania prezydencka powoli zmierza do końca. I bardzo dobrze, bo nic tak jak każde kolejne wybory nie obnaża miałkości i bezdennej głupoty sporu w jaki wepchnęły Polaków dwa dominujące obozy polityczne. 

Kogo więc mamy do wyboru tym razem? Z jednej strony jest ubiegający się o reelekcję Andrzej Duda. Paradoksalnie, trzeba powiedzieć, że w roli, jaką przypisała mu konstytucja sprawował się do pewnego czasu przyzwoicie. Tak samo jak Bronisław Komorowski grzecznie podpisywał wszystkie ustawy, tak samo nie próbował także stworzyć wokół siebie jakiejkolwiek siły politycznej i tak samo nie udawał nawet, że jest bezpartyjny. Za to, w przeciwieństwie do poprzednika przynajmniej nie przynosił Polsce obciachu na zagranicznych delegacjach. Komorowski, opowiadający krotochwile o bigosie, plotący banialuki do Baracka Obamy kwestionujące wierność jego żony, czy wreszcie bezceremonialnie włażący z buciorami na fotel spikera w japońskim parlamencie („Chodź Szogunie!”), był po prostu Człowiekiem-Wpadką, i prawdziwym Januszem polityki.

Pod tym względem Duda prezentował się o wiele lepiej. Cóż z tego, że za każdym razem, kiedy próbował prowadzić samodzielną politykę, Jarosław Kaczyński szybko i brutalnie wskazywał mu miejsce w szeregu? Rząd PiS jest chyba zresztą pierwszym w historii, który w tak obcesowy sposób ośmieszył prezydenta wywodzącego się ze swojej partii – mowa oczywiście o wiosennym odwołaniu i szybkim powrocie Jacka Kurskiego za stery TVP. Kaczyński nie dość, że zrobił z Dudy głupka, to w dodatku sprowadził go po raz kolejny do roli stróża pilnującego żyrandole w Belwederze.

Pokopię jeszcze chwilę leżącego. Jeśli Duda wygra te wybory – a ma na to duże szanse, to stanie się to po najsłabszej kampanii, jaką PIS przeprowadził po 2010 roku. Kampania ubiegającego się o reelekcję prezydenta to jedno wielkie pasmo wpadek, zaczynając od szefowej sztabu Turczynowicz-Kieryłło (przykład na to, że można mieć opinię profesjonalisty i mimo to zachowywać się jak błazen) po niemal godzinne przemówienie wygłoszone zaraz po ogłoszeniu wyników I tury – mowę której nie powstydziłby się sam Fidel Castro. Te wszystkie błędy są głównie wynikiem drenażu mózgów, jakie zafundowała sobie partia Kaczyńskiego, wypychając ze swoich szeregów wszystkich, którzy mieli jakiekolwiek umiejętności i olej w głowie, a promując w ich miejsce ludzi według klasycznego wzoru BMW – czyli Biernych, Miernych ale Wiernych (dokładnie to samo zrobiła zresztą PO i tacy ludzie pozostali po dziś dzień w jej szeregach – ale to temat na inną dyskusję).

No dobrze, ale co zamiast Dudy? Otóż, kontrkandydat wcale nie jest lepszy. Wszystko czego się dowiedzieliśmy o Rafale Trzaskowskim jako prezydencie Warszawy pozwala stwierdzić, że jest on miernym organizatorem i politykierem – niemal lustrzanym odbiciem naszych lokalnych władz miejskich, tyle, że w przeciwieństwie do nich, trochę bardziej światowym. Jego marne umiejętności kierowania sprawami miasta wypłynęły na światło dzienne razem z gnojem ‘Czajki’, gdzie cały syf z Warszawy spłynął między innymi do Włocławka i pozostanie już z nami na zawsze zatrzymując się na zbiorniku wodnym. I jasne, Trzaskowski nie odpowiada za błędy konstrukcyjne oczyszczalni – te są bowiem na sumieniu ekipy jego poprzedniczki. Jednak, po osobie aspirującej do miana zwierzchnika
Sił Zbrojnych RP można by oczekiwać, że będzie potrafić działać w sytuacji kryzysowej. Tymczasem Trzaskowski zupełnie się pogubił, oddając całą inicjatywę rządowi który zrobił z tego wielką PRową fanfaronadę; jeśli zaś chodzi o prezydenta Warszawy, to brakowało tylko, żeby powiedział, że ‘Czajkę’ sabotował PiS, a na koniec – wzorem naszych miejscowych włodarzy – przeprowadził konsultacje społeczne, czy naprawiać oczyszczalnię, czy też może pozwolić spłynąć całemu gnojowi do Gdańska – w końcu Warszawa na tym nie ucierpi, a prowincja niech sobie wdycha owoce radosnej przemiany materii warszawskich słoików. 

Pomijając zresztą zerowe umiejętności przywódcze Trzaskowskiego i charyzmę którą można porównać do mopa (w tym zresztą Duda nie jest lepszy), główną rolę w jego zdolności do zwyciężenia w II turze odegrają jego poglądy. A powiedzieć o nich, że są lewicowe to zbyt mało. Zresztą – do jasnej cholery –  jeżeli ktoś w dobie koronawirusa i zdychającej na naszych oczach gospodarki robi za jedną z osi swojej kampanii kwestie światopoglądowe w rodzaju wprowadzenia karty LGBT na terenie całego kraju, to znaczy tylko i wyłącznie, że jest całkowicie odklejonym od rzeczywistości ideologicznym figurantem. 

W Polsce wybory prezydenckie ma szanse wygrać tylko kandydat o centrowych poglądach – bo tylko taki jest w stanie zdobyć ponad 51% głosów. Jeżeli PO wystawia kandydata na prezydenta o lewackich poglądach, to chyba całkiem prawdopodobna wydaje się teoria, że Budka i Spółka wcale nie chcą tych wyborów wygrać –to zmusiło by ich do wzięcia jakiejś części odpowiedzialności za kraj, w przededniu nadchodzącego kryzysu. Znacznie lepiej przepieprzyć wybory o włos (zawsze można pokrzyczeć, że wybory były sfałszowane), a potem wygodnie zasiąść wygodnie w fotelu jako lider opozycji i patrzeć  jak się wszystko wali, przeżerając sobie spokojnie partyjne subwencje.

Ale, załóżmy, że Trzaskowski jednak wygra. Próżne są nadzieje, że to skruszyłoby hegemonię rządzącego PiSu. Wręcz przeciwnie, doprowadziło by to pewnie do mobilizacji rozkładającej się już pomału i zalatującej trupim odorkiem partii. Poparcie Andrzeja Dudy w pierwszej turze – na poziomie około 43% wskazuje, że PiS ma nadal w garści swój twardy elektorat.  Gdyby nawet Trzaskowski jako prezydent sparaliżował działania rządu i doprowadził do przedterminowych wyborów, to wcale nie jest powiedziane, że PiS by te kolejne wybory przegrał – ba, kilka kolejnych łapówek wyborczych w rodzaju wakacyjnego bonu 500+ i może nawet by je wygrał, odzyskując z powrotem Senat. A gdyby partia Kaczyńskiego umocniła się u władzy, to kto wie, czy nie znalazłby się bat na samego Trzaskowskiego. 

Z drugiej strony, wygrana Dudy na pewno zaostrzy kurs partii rządzącej. Kaczyński zdaje sobie sprawę, że to jest ostatnie pięć lat, żeby ukształtować Polskę według swojego widzimisię. Widać już zresztą pierwsze oznaki walki buldogów pod dywanem, czekających tylko, żeby przejąć schedę po Pierwszym Sekretarzu – i pytanie, czy PiS tę walkę przetrwa, czy też zamieni się w karykaturę samego siebie, co wydarzyło się z Platformą Obywatelską po ucieczce Tuska na zagraniczne saksy. 

Mamy więc znowu kolejną odsłonę Tutsi-Hutyzmu XXI wieku w wykonaniu zwolenników obu stron sporu i tradycyjnie od trzydziestu lat – wybór pomiędzy komuchami pobożnymi i komuchami bezbożnymi. Zarówno PiSowi, jak i PO zależy, żeby ten spór podgrzewać i utrzymywać, bo tylko wtedy mogą być pewni, że utrzymają się przy korycie – nawet jeśli któraś ze stron chwilowo będzie musiała zrobić miejsce dla drugiej. Nie łudźmy się więc, że wybieramy jakichś wizjonerów, czy ponadpartyjnych kandydatów.  12 lipca wybierzemy długopis pana Kaczyńskiego, albo długopis pana Budki – bo do tego sprowadza się realna różnica pomiędzy oboma kandydatami.

I na koniec jeszcze jedna myśl – o drugiej turze wyborów prezydenckich mówi się, że jest to wybór „mniejszego zła”. Otóż nie ma czegoś takiego jak „mniejsze zło”. Zło jest zawsze złem, a wybrane w wyborach, prędko zaczyna stawać się aroganckie, uważając, że skoro wyborcy dali mu kredyt zaufania, to wolno mu teraz wszystko. W taki sposób „małe zło” szybko staje się złem całkiem sporym, co widzieliśmy wielokrotnie –  ostatnio w wyborach samorządowych – ale Polacy wciąż nie mogą zrozumieć tej oczywistej prawdy.

Na kogo więc głosować? Cóż, każdy z Czytelników ma swój rozum i swoje sumienie, z którego musi teraz zrobić użytek bez krzykaczy i usłużnych mediów jednej i drugiej strony. Jeśli zaś chodzi o mnie, to chciałbym po 12 czerwca móc sobie bez obrzydzenia spojrzeć w lustro i dlatego nie zamierzam brać udziału w tej farsie, którą stały się kolejne wybory pomiędzy dżumą a cholerą.

Kazik Mazurkiewicz