Zbliżająca się powoli do końca kampania do Europarlamentu może jedynie zadziwić rachitycznością z jaką prowadziły ją partie polityczne, które wystawiły swoich kandydatów. Pokazuje to dobitnie, co partyjni bossowie sądzą o instytucjach europejskich, jak i o wyborcach, którzy po raz kolejni potraktowani zostali jako bezmózgie maszynki do głosowania. Wybory są jednak świetną okazją , żeby pokazać partiom jak bardzo się w tej ocenie mylili.

Jakiś czas temu popełniłem na łamach wlc.pl tekst pod nazwą „Krajobraz przed bitwą”, w którym postawiłem tezę, że Parlament Europejski nie liczy się w ogóle w szerokiej polityce i nie sprawuje realnej władzy, bo i tak wszystkie decyzje zapadają na „górze”. Jak się okazało miałem rację – co dobitnie widać było po tym, jak uchwalana była kontrowersyjna ustawa „Acta II”, gdzie przed głosowaniem Niemcy doszły najpierw z Francją do porozumienia w kwestii samego aktu na poziomie krajowym (inna rzecz, że sama ustawa przeszła o włos dzięki kilku „pożytecznym idiotom” z Polski).

Wszystkie polskie partie polityczne wydają się doskonale zdawać z tego faktu sprawę – widać to i po poziomie zaangażowania w kampanię – która przebiegała wyjątkowo bezbarwnie, jak i po kandydatach wystawionych z „biorących” jedynek.  Z obserwacji mijającego okresu wyborczego można dojść do wniosku, że celem zwycięstwa w najbliższą niedzielę, jest przede wszystkim pozbycie się zbędnego balastu i obciążenia w postaci osób, które mogą przeszkadzać przed najważniejszymi wyborami – tymi październikowymi, o realną władzę w Polsce; a zaraz po nich kolejnymi, prezydenckimi.

Na krajowej scenie również nie wygląda na to, żeby miało nastąpić trzęsienie ziemi – zarówno Konfederacja, czy Kukiz, którzy nie potrafią się przebić ze swoim przekazem do szerszego grona odbiorców, jak i wstrząsana skandalami „Wiosna” Roberta Biedronia (vide sprawa lubelskiego mobbingu) nie będą w stanie odegrać znaczącej roli w nadchodzących wyborach, które najprawdopodobniej, tak jak to było na jesieni zeszłego roku, staną się festiwalem popularności (lub braku popularności) rządu i bezpośredniej opozycji w postaci Koalicji Obywatelskiej.

Na tle kolejnego pojedynku Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską i przystawkami jedynym ciekawym aspektem może być to, czy na wynik wyborów wpłynie w jakiś sposób reportaż Sekielskiego dotyczący pedofilii w Kościele – tak jak to miało miejsce z filmem „Kler” przed wyborami samorządowymi.

A jednak, choć wydawałoby się, że z punktu przeciętnego zjadacza chleba są to kompletnie nieistotne wybory, to jednak możemy w nich – jako wyborcy – odnieść małe zwycięstwo. Mamy bowiem władzę, aby pokazać partyjnym przywódcom, co sądzimy o ich polityce oddawania najlepszych miejsc na listach wyborczych tzw. „spadochroniarzom”, ludziom nie związanym zupełnie z regionem z którego kandydują i nie czującym za niego żadnej odpowiedzialności. Mamy okazję, aby zaprotestować przeciwko tym, którzy uważają wyborców za idiotów i maszynki do glosowania, mające zapewnić wyznaczonym przez nich politykom ciepłe synekury na kolejne kilka lat (i zabrać ich sprzed wzroku swoich patronów).

Dlatego jeśli mogę Państwa do czegoś zachęcić – to proszę, abyście głosowali nie patrząc na miejsce na liście wyborczej, czy też partyjne barwy. Postarajmy się kierować w tych wyborach zimną logiką, a nie sztucznie podgrzewanym sporem pomiędzy dwoma największymi politycznymi rywalami. Wybierzmy kandydata którego znamy i z którego ideami (a przede wszystkim postępowaniem) się identyfikujemy.

Tylko w ten sposób – głosując na konkretne nazwiska, a nie partie; oddając swój głos na wartościowych ludzi, pokażemy partiom politycznym żółtą kartkę i zmusimy ich do refleksji przed ważniejszymi wyborami parlamentarnymi na jesieni. Jeżeli przegapimy naszą szansę i nie zmusimy polityków, żeby zaczęli nas szanować jako wyborców, szybko pożałujemy naszej decyzji – a czasu pozostało niewiele, bo wybory, które ukształtują Polskę na kolejne kilka lat odbędą się już za kilka miesięcy.

Michał Walczewski

Salon materacy Włocławek